niedziela, 15 stycznia 2017

Pierwszy dzień w Chinach (wpis 6.)



Ostatni poranek w Bangkoku pożegnał nas temperaturą 27 stopni. Całkiem chłodny był to poranek :)
Lotnisko, z którego startowaliśmy nie kojarzyło sie nam najlepiej. To właśnie tam dwa lata temu omal nie utraciliśmy lotu siedząc na lotnisku od paru godzin ( http://hostelik.blogspot.hk/2015/01/mamas-i-przygoda-wpis-6.html ). Tym razem poszło gładko. Niczego nam nie odebrano w czasie kontroli. Przewiozłam, oczywiście, moje nożyczki, którymi  już od paru lat sprawdzam czujność kontrolujących. Nawet butelka wody przeszła. Na zapalniczki nikt nawet nie spojrzał. Wciąż zastanawiamy sie, o co chodziło z tą histerią zapalniczkową na lotnisku w Pekinie. Po niezbyt miłych wrażeniach z Pekinu z pewną rezerwą podeszliśmy do kontroli po przylocie do urzędników na lotnisku w Kunming. Byli bardzo mili, uśmiechnięci, sympatyczni. Oznacza to, że nie każdy chiński urzędnik to mroczna postać. Zdarzyło się w Pekinie, ale nie jest to normą. Na szczęście! Lot był krótki i bez przygód. Jedynym zaskoczeniem było, że przed lądowaniem kazali przestać oddychać i obsługa przeszła parę razy wzdłuż samolotu i czymś nas spryskali. Nie było to zbyt fajne. Ale mus to mus!!! Powstrzymaliśmy oddech, ile się dało. Resztę wciągnęliśmy do płuc i jakoś żyjemy.
Kunming przywitał nas miłą nieupalną pogodą. Stopni była połowa tego, co w Bangkoku - około 16. W słońcu spokojnie na krótki rękawek, a jak powiało to skok w sweter. Wieczorem trochę się zdziwiliśmy. Było po prostu zimno. Niewiele ponad zero stopni. Niby mieliśmy świadomość tego lecąc do Kunming, ale Bangkok zmylił naszą czujność temperaturą w w nocy bliżej trzydziestu niż dwudziestu stopni. Przez te kilka dni zapomnieniliśmy, że naturalna dla nas temperatura jest jednak inna.
Co nas uderzyło na początku? Zauważyliśmy, że tutejsi kierowcy są równie chamscy  jak w Polsce. Może nawet bardziej nieuprzejmi!  Inne spostrzeżenie - ulice cały czas są zamiatane. I jeszcze jedno - nie ma nigdzie śladów kultów religijnych. Nie spotkaliśmy żadnych ołtarzyków czy innych oznak religii w tym mieście. Zupełnie odwrotnie niż w sąsiednich krajach regionu, które dotychczas odwiedziliśmy. Ogólnie pierwsze wrażenia w meczu Chiny-Tajlandia 0:1. Oczywiście traktujemy to z przymrużeniem oka. Trudno coś oceniać po jednym dniu i jednym miejscu, ale na starcie tak właśnie to odczuliśmy. Brakuje też ulicznego żarcia, ale może w innych miejscach będzie inaczej.
Urzekł nas za to park w naszej okolicy. Nad jeziorem tutejsi ludzie spędzają wspólnie czas. Spotkaliśmy w kilku miejscach amatorskie grupy spiewające w różnych stylach, a także ludzi tańczących. Biła stamtąd tak niesamowicie pozytywna energia, że aż nie chciało się odchodzić. Nie potrafię tego przekazać pisząc, ale doświadczenie było mega pozytywne.









Spotkaliśmy nawet chińskiego hipisa!



W innym miejscu spotkaliśmy kącik matrymonialny (tak nam się wydaje). Setki anonsów na murze i tłum podekscytowanych ludzi czytających, wieszających swoje ogłoszenia lub innych zdejmujących notki.





Zauważyliśmy ponadto, że chińskie panie są bardzo szykowne, nawet, jeżeli ich stroje noszą ślady długoletniego zadawania szyku.



To przejście dla pieszych kończy się dokładnie na krzakach






Palnujemy następne miejsce w podróży



sobota, 14 stycznia 2017

Mamas&Papas rozmawiają po angielsku (wpis 5.)



Pomału musieliśmy ewakuować się z naszego hotelu. Przed wylotem do Chin postanowiliśmy zmienić miejscówkę. Wybraliśmy hotel w pobliżu lotniska. Żal nam było wyprowadzać się, ale naszym głównym celem na najbliższy miesiąc są Chiny, a najwygodniejsza forma dotarcia to samolot. Poszliśmy na ostatnie lokalne śniadanko do "naszej" knajpki. Wciągęliśmy tradycyjnego pad thai i zupę i byliśmy gotowi do drogi. Czekała nas bardzo długa podróż na drugi koniec miasta. Na recepcji zaproponowali nam tak niewygodne połączenie, że Ada postanowiła opracować własny projekt trasy. Zamiast autobusów i busów, wybraliśmy pociąg (dwa razy) i taksówkę. Jechaliśmy długo, ale dotarliśmy wreszcie do fajnego hotelu. Wciąż nie możemy się nadziwić, że jest tak trudno dogadać się po angielsku. Rozumiemy, że nie każdy człowiek zna ten język. Po prostu ludzie nie potrzebują go. Ale taksówkarze czy recepcjoniści w hotelach strasznie utrudniają sobie życie nie znając jęzka chociażby w zakresie podstawowym. Nasz taksówkarz, próbował sprzedać nam wycieczkę do Ayutthaya. Mówimy mu, że byliśmy już tam, a poza wylatujemy z rana do Chin. A on dalej swoje, że Ayutthaya jest bardzo piękna i za jeden dzień kosztuje tyle i tyle. My znowu, że wiemy, że pięknie, bo byliśmy tam. On na to próbuje pokazuje inny folder o tym miejscu. Ręce opadają :) Zresztą brak komunikacji jest nie tylko na linii tubylcy-my. Wieczorem nawiązalismy kontakt z innym gościem hotelowym - Niemcem. Na nasze pytania odpowiadał nie na temat. Wybraliśmy więc bezpieczniejszy temat rozmowy i zapytaliśmy skąd jest. Powiedział, że z Aachen. My na to, że byliśmy tam. A on zaczął angielsko-niemieckim opisywać, gdzie Aachen jest położone, i że mają piękną katedrę itd. Powtórzylismy, że byliśmy, a on dalej zachęcał do przyjazdu. Facet miał polsko brzmiące nazwisko i bez ceregieli opowiedział, że żona mu dokucza i każe jechać do "jego Mongołów" czyli do.... Polski. Pięknie nas nazywa :) Niemiecki obywatel, też miał straszliwy problem z angielskim. Dogadaliśmy się słabo i to głównie dzięki mojemu nienajlepszemu niemieckiemu.
W naszym nowym hotelu mieliśmy zarezerwowane pokoje z klimą i łazienkami. Pani zaprowadziła nas do pokoju bez klimy i drugiego bez łazienki. Jej angielski był bardzo słabiuteńki. Postawiliśmy się! W tej sytacji zaprowadziła nas do pokoi dokładnie takich, jak zamówiliśmy, czyli były dostępne. Brak klimatyzacji absolutnie nie wchodził w rachubę. W Bangkoku są potworne upały. Duchota, jak mało gdzie! Ostatecznie hotel był super! Jedno dało się we znaki. Co 2-3 startował/lądował jakiś samolot. Huk był okropny! Nie pomyśleliśmy wcześniej, że skoro tak bliska lotniska, to głośno musi być! Na szczęście na parę godzin w nocy uspokoiło i ruszyło dopiero o godzinie szóstej.
Po zameldowaniu, pobiegliśmy na lokalny ryneczek na obiadek. Pysznie było, więc wieczorem poszlismy kupić coś na kolację. A tu ZONK! Wszytkie garkuchnie wyniosły się już. Poszliśmy spać bez kolacji. A przydałaby się .....
W następnym wpisie Chiny!







piątek, 13 stycznia 2017

Bangkok - najlepsze miejsce do błądzenia (wpis 4.)



Bangkok - miasto o bardzo wielu twarzach. Będąc tu po raz pierwszy, zamieszkaliśmy blisko Khao San czyli w typowym turystycznym tyglu. Za drugim razem wybraliśmy China Town. Tam było dużo ciekawiej. Tym razem zameldowaliśmy się w miejscu, gdzie turystów praktycznie nie ma czyli w atentycznym Bangkoku.





















Po wczorajszym zakazie opuszczania hotelu, łaskawie przywrócono mi prawo wyjścia. Udaliśmy się na śniadanie do lokalnej miejscówki. Było nawet fajnie, ale zupa wydawała się być ugotowana na starej szmacie. No, cóż! Nawet w Tajlandii może zdarzyć się taka wtopa.





Po śniadanku postanowiliśmy udać się na motorach w podróż sentymantalną dla nas i odkrywczą dla Ady. Panowie zaśpiewali taką cenę, że zdecydowaliśmy się pójść na autobus. Nawet udało się nam nie czekać. W autobusie oczywiście bariera językowa. Pani konduktorka próbowała stwarzać wrażenie, że wie, o co nam chodzi. Patrzyła na mapę bez okularów, a następnie w szkłach. Po paru minutach władczym tonem wezwała jednego z młodych pasażerów do tłumaczenia. Młodzieniec na szczęście mówił komunikatywnie po angielsku i nawet orientował się, o co nam chodzi. Pokierował nami i wysiedliśmy na przystanku do metra. Ludzie pomagają, jak mogą. Staraja się na maksa. A my co? A my przegapiliśmy wejście na stację metra i jak gamonie przeszliśmy na pieszo dystans do następnej stacji. Gorąco jak w piekle, hałas nie do opisania. W sumie wyszło, że mieliśmy dodatkowe zwiedzanie. Nie narzekamy :)
Metrem wyruszyliśmy do China Town. W okolice, gdzie byliśmy w czasie poprzedniego wyjazdu. W sumie spędziliśmy tam niezbyt wiele czasu. Dla Ady zahaczyliśmy o świątynię Sikhów. Potem już ulubiony transport - łódki. Ruszyliśmy do Khao San. Znowu miało być sentymentalnie. Cztery lata temu w "naszej" knajpce zobaczyliśmy białego pana, który zwrócił naszą uwagę spośród innych białasów. Dwa lata później zajrzeliśmy do tej knajpki i... znowu spotkaliśmy tego samego obywatela. Zrobiliśmy sobie fotkę. Wysłuchaliśmy jego historii. Teraz jechaliśmy w ciemno, żeby spotkać naszego przyjaciela. I nic z tego! Bar zamienił się w pijalnię piwa. Zero dawnego klimatu. I naszego przyjaciela też nie było. Wyjazd na darmo :( N, nie do końca. Ada zobaczyła Khao San :)
Postanowiliśmy dotrzeć na pieszo do stacji metra. Z mapy wynikało, że to może 20 minut. Ostatecznie zajęło nam to prawie  dwie godziny. Ada prowadziła nas dzielnie do celu, tylko dystans wciąż się nie zgadzał. Mapa była źle zeskalowana. Jakiś tubylec podpowiedział nam skorzystanie z autobusu. Praktycznie nie mówił po angielsku, ale próbował, tak jak wiele innych osób podczas naszego pobytu, pomóc za wszelką cenę. Gorąco (mimo późnej godziny), ciemno i celu nie widać, ale ostatecznie udało nam się dotrzeć do metra. Tacy byliśmy szczęśliwi! Za szybko :( Po przyjeździe na naszą stację chcieliśmy wziąć stamtąd taksówkę, ale kolejni taksiarze odmawiali nam :( Chyba za krótki dystans. A dla nas wydawało się to być tak daleko! Nie było wyjścia ruszyliśmy pieszo. Podjechaliśmy parę przystanków autobusem, ale dalej trzeba było iść z buta. Ada oszacowała, że tego dnia przeszliśmy około 28 kilometrów. Wierzę jej!