niedziela, 13 sierpnia 2017

Dziad

W  ubiegłym tygodniu nic nie napisałam, bo mi chęć odebrało, kiedy zorientowałam się, że ktoś "pożyczył" nasz aparat fotograficzny. Domyślamy się, kto to mógł być, ale za rękę nie złapaliśmy. Papas pojechał do miasta po zakup nowego sprzętu, więc możemy kontynuować moją małą kronikę "Z życia hostelu Mamas&Papas". Fotki z tamtego tygodnia przepadły, ale jeszcze wiele fajnych zdjęć przed nami.















Ostatnio zabawiałam się w detektywa w całkiem innej sprawie. Przyjechała do nas para ze Szkocji. Dziewczyna w momencie meldowania się zauważyła, że nie ma paszportu. Przeszukała wszystko dwa razy i dalej nic.... Wydedukowała, że prawdopodobnie paszport wypadł jej w taksówce. Taksówkę brali z ulicy i kompletnie nie mieli pojęcia, czym jechali (w sensie marki wozu i korporacji). Na szczęście chłopak dogrzebał się w kieszeni do paragonu.
Próbowaliśmy znaleźć jakiś numer telefonu, ale niestety poza nazwiskiem i adresem niczego w necie nie było. Mieliśmy nadzieję, że może taksówkarz znalazł dokument i przyjedzie do hostelu. Nasze nadzieje okazały się być płonne. Następnego dnia trzeba było wybrać się pod adres z paragonu. Dla mnie był to koniec świata. Nigdy nie byłam w tej nowej części Gdańska. Na szczęście Monika zaproponowała mi pomoc. Pierwsze ogniwo z łańcucha ludzi dobrej woli. Monika ma auto i zna Gdańsk dużo lepiej niż ja. Odnalazłyśmy budynek. Niestety, nikt nie reagował na domofon. Jakaś Pani po wysłuchaniu skróconej wersji historii wpuściła nas, żebyśmy mogły zostawić list. Postanowiłyśmy podzwonić po sąsiednich drzwiach, licząc na to, że może nasz poszukiwany kumpluje się z sąsiadami. Bingo! Otworzył sąsiad, który po wysłuchaniu naszej historii, spróbował skontaktować się z żoną taksówkarza. Pani nie odebrała (była w pracy). Sąsiad zaufał nam i podał jej numer telefonu, żebym mogła spróbować później.
Coś już miałyśmy, ale nadal nic nie załatwiłyśmy. W międzyczasie podjechała pod sąsiedni blok jakaś taksówka. Kierowca wysiadł. Ewidentnie mieszkał tu. Podeszłam do niego i po raz kolejny opowiedziałam, co się stało i zapytałam, czy nie zna przypadkiem taksówkarza z tamtego bloku. Nie znał, ale zauważył, że tam codziennie stoi taksówka z pewnej korporacji. Zleciłam Papasowi ustalenie numeru i zatelefonowanie do tamtej firmy.
Papas oddzwonił do mnie szybciutko i zaproponował, żebym ja spróbowała. U mnie był paragon z numerem bocznym i rejestracyjnym. Gdy zadzwoniłam, zrozumiałam, dlaczego Papas nie miał ochoty na ponowną konwersację z panem z korporacji. CO ZA CHAM!!! Od razu stwierdził, że mając imię, nazwisko, nr boczny i rejestracyjny nie jest w stanie stwierdzić, czy to ktoś od nich. Na pewno nie od nich, bo zameldowałby o znalezionym paszporcie. Na sugestię, że może nie natknął się na dokument, bo ten leży może kopnięty przez kogoś głęboko pod fotelem, odwarknął, że na pewno nie ich kierowca. A poza tym jaśniepan jest bardzo zajęty i mam dzwonić następnego dnia rano, jeżeli tak mi zależy. ZERO chęci pomocy. Chamski, zniecierpliwiony ton. Łańcuch ludzi dobrej woli został przerwany. Na szczęście nie na długo.
Po paru próbach udało mi się późnym wieczorem dodzwonić do małżonki taksówkarza. Pani bardzo się przejęła sytuacją. Błyskawicznie odnalazła męża i niestety, nie miała dobrych wieści. Akurat tego dnia kierowca wziął się za gruntowne porządki w aucie i na pewno paszportu tam nie było. Pan taksówkarz też zadzwonił do nas, bijąc się w piersi, że NAPRAWDĘ nie było dokumentu. Słychać było, że nie olewa i bardzo mu przykro, że nie mógł pomóc. Podpytałam, w jakiej jeździ korporacji. Oczywiście, okazało się, że w tej, do której dzwoniłam. 
Dzwoniliśmy jeszcze do ZTM, gdyż okazało się, że przed wzięciem taksówki nasi Szkoci podróżowali też autobusem i tramwajem. Wsiedli na lotnisku w autobus jadący w przeciwnym kierunku, a potem rozpaczliwie próbowali odnaleźć drogę do hostelu. Pan w ZTM też był bardzo miły, chociaż niewiele pomógł. Dzwoniliśmy też na policję, mając nadzieję, że ktoś odniósł dokument. Policjant też był bardzo w porządku. Nie miał dla nas dobrych wieści, ale widać było, że się starał.
W sumie paszport nie odnalazł się. Są większe tragedie. Nasi podróżnicy musieli wybrać się do Warszawy do ambasady. Drobna niewygoda. W całej tej historii budujące było obserwowanie, jak bardzo ludzie angażowali się, żeby pomóc. Monika, sąsiedzi, inny taksówkarz, nasz taksówkarz z żoną, policjant, pracownik ZTM, oczywiście Mamas&Papas :) I w tym wszystkim musiał się znaleźć jeden dziad, który oprócz tego, że palcem nie chciał kiwnąć, nawet nie próbował odzywać się grzecznie. Ale on był jeden, a nas było wielu :)



niedziela, 30 lipca 2017

Kombinujcie!!!


Na początek wieść dla nas niewesoła. Nasza workaway'ka Maia z Argentyny wyjechała. Maia jest Argentynką, ale ma też polski paszport. Jej przodkowie, polscy Żydzi, wyjechali z Polski tuż przed wybuchem wojny w 1939 roku. Mieli farta! Zżyliśmy się z nią bardzo, bo jest to osoba bardzo fajna. Jednak wszystko co dobre musi się skończyć :( Kolejny raz zrobiło się jakoś pusto :( Tym bardziej, że Ada z Piotrem też wyfrunęli na wakacje.

Ostatni wspólny papierosek

Ostatni lunch

Ostatnia fotka. Maia, dużo szczęścia życzymy!
Przy okazji coś Wam podpowiem. Bądźcie uparci szukając tańszych połączeń. Ada poprosiła mnie o zakup w kasie na dworcu biletu z Katowic do Wiednia i z powrotem. Była za granicą, a opcja on-line nie była dostępna. Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie, więc żwawo wybrałam się na dworzec. Kolejki gigantyczne. Nawet wiem, dlaczego? Ludzie za mało korzystają z możliwości zakupów biletów poza kasami. Zdumiewał mnie widok młodych ludzi sterczących w kolejce po zakup biletu do Tczewa czy innych pobliskich miejscowości. Są automaty biletowe. Jest aplikacja na komórkę. Jest możliwość zakupu przez stronę internetową. Tyle możliwości, a ludzie stoją jak barany w godzinnej kolejce.
Ja, jako osoba na wskroś nowoczesna :D, korzystam z kasy tylko w sytuacji, kiedy biletu inaczej nie da się zakupić.
Tak było tym razem, chociaż nadal nie rozumiem, dlaczego nie było tej możliwości.
O ile cena biletu do Wiednia mieściła się w normach przyzwoitości, o tyle powrotny w cenie 400 PLN za osobę absolutnie nie wchodził w rachubę. Postanowiłam przechytrzyć kolej.
Posiedziałam chwilę, pomyszkowałam i znalazłam połączenie w cenie 107 złotych od osoby czyli prawie 300 złotych taniej. Żeby było śmieszniej, podróż odbędzie się dokładnie tym samym pociągiem, za który wołano 400 złotych!!! Trzeba było po prostu zakupić bilet z Wiednia do Ostrawy w specjalnej ofercie, a potem normalny zakup z Ostrawy do Katowic na stronie internetowej czeskich kolei . Można by zejść z tej ceny jeszcze bardziej, ale wiązałyby się to z przesiadką w Ostrawie na autobus i wtedy można dojechać za nawet za 80 złotych za osobę! (320 zostaje w kieszeni). Postanowiłam się z Wami podzielić tym doświadczeniem, bo w kontaktach z naszymi Gośćmi często widzimy, że ludzie nie mają pojęcia, jak bardzo przepłacają. A szkoda! Szukajcie, nie poddawajcie się i nie wywalajcie kasy w błoto tam, gdzie można zaoszczędzić. Kombinujcie!

Ze spraw praktycznych przejdę do ulotnych.
Kolejny ptak próbował się z nami zaprzyjaźnić. Siedział sobie w naszym kąciku po daszkiem w ogrodzie. Zapaskudził ten kącik odrobinkę :D. Nie bał się ani Papasa, ani Dominika. Dopiero Kiciuś go przepędził. Może ktoś z niezawodnych "czytaczy" rozpoznaje ten gatunek. Ptak był zaobrączkowany, więc prawdopodobnie to nie byle jaki okaz.





A skoro już mowa o ogrodzie, zobaczcie, jakie mamy plony :)





Lato w tym roku byle jakie, a ogród nabiera jesiennego charakteru. Już nawet świerszcze zaczęły swoje koncerty jakiś czas temu. Za szybko....




Niemniej sezon w pełni i mimo kiepskiej pogody Goście przyjeżdżają.




niedziela, 23 lipca 2017

Raz jest dobrze, a raz źle.




Różne przygody przydarzają się naszym Gościom. Jeden z nieszczęśników miał okazję być porzuconym przez taksówkarza kompletnie nigdzie. Młody Polak po wieczornych uciechach w centrum miasta postanowił wziąć taksówkę, żeby szybko i sprawnie powrócić do hostelu. Taksówkarz nie umiał znaleźć adresu. Dziwne! Ulica przy której mieści się Hostel Mamas&Papas nie należy ani do małych, ani do nowych. Nie jest też ulokowana nie wiadomo gdzie. Blisko centrum. Blisko najstarszego gdańskiego parku. Równolegle do dużej wylotówki. Taksówkarze wiedzą, a ten jeden nie wiedział. Mimo to podjął się kursu, ale po niepowodzeniach zostawił Gościa na jakimś odludziu. Późno, ciemno, ludzi nie ma. I stał się cud! Przejeżdżający tamtędy samochód zatrzymał się i kierowca zapytał, czy nie jest potrzebna pomoc. Następnie odwiózł delikwenta pod hostel. Po spaleniu po papierosku, odjechał życząc szczęścia i nie oczekując niczego w zamian. Ludzie potrafią być piękni :)
Mniej szczęścia mieli nasi Goście z Danii. Po długiej tułaczce z Paryża, dotarli do hostelu w Berlinie, w którym wcześniej dokonali rezerwacji on-line. Byli pięć minut do wejścia do pokoju i położenia się do łóżek. Nic z tego! Zostali wyproszeni z hostelu, bo są za starzy!!! Sprawdziliśmy później na stronie hostelu, że faktycznie są ograniczenia ze względu na wiek. Niby racja jest po ich stronie. Niemniej poczuliśmy smutek, że istnieje coś takiego, jak dyskryminacja ze względu na wiek. My często ostatnio gościliśmy ludzi w dojrzałym i nawet bardziej niż dojrzałym wieku. Wszyscy byli mega interesującymi ludźmi! Młodsi Goście garnęli się do nich. W czym problem?! Dla nas jest to kompletnie niezrozumiałe. Nasi duńscy Goście zwierzyli się, że jadąc do nas też się obawiali, że ich wyrzucimy. Smutne, że ludzie muszą tracić nerwy na takie sprawy.

Częściej ostatnio bywają u nas Duńczycy

Ryan z dumą wbija na naszą mapę flagę swojego Stanu

Ryan jest Amerykaninem, ale od lat mieszka w Szwecji

Coraz bardziej nostalgicznie robi się w naszym ogrodzie.

Kolejni fajni Polacy

Phil z Nowej Zelandii łapie okruchy lata

Rosja pozdrawia!

Przesympatyczni Szwajcarzy. Zobaczcie, jakie mają wehikuły :) W hostelu w Berlinie nie przyjęliby ich....



niedziela, 16 lipca 2017

Królowa seksu

Bardzo grzeczni chłopacy ze Szwecji.
Co jakiś czas mamy nieprzyjemność gościć Polaków, którzy strasznie nas dołują. Pisałam jakiś czas temu, że ostatnio byli u nas sami fajni rodacy. Niektórzy byli dużo więcej niż fajni. Fantastyczni po prostu! Zauważyliśmy pozytywny trend, który bardzo nas cieszy. Jednak życie przypomina, że nie zawsze jest słodko.
Para, która mnie natchnęła do tego wpisu, była w dawnym stylu. Niestety! Zaczęło się od palenia w pokoju. Nie mamy żadnej tolerancji na takie wybryki. Niestety, w zasadzie tylko Polacy mają gdzieś zasady. Napisy informujące o zakazie palenia mamy tylko po polsku. Goście, o których piszę, też nie zastosowali się do regulaminu. Kiedy poinformowałam, że wiem, że palą w pokoju i będą musieli opuścić hostel, jeżeli nie zastosują się do zakazu palenia, Pan wyraził skruchę. A pani...? Kategorycznie stwierdziła, że tu się nie paliło!!! To nie jest zapach papierosów. To jest zapach seksu!!! Pani była bardzo niekompletnie ubrana, więc z tym seksem to pewnie prawda, ale smród fajek był tak ewidentny, że jej bełkot obrażał moją inteligencję. Tłukli się całą noc. W zasadzie  Pan był ok. Starał się ją uciszać, sam mówił szeptem, ale PANI....  Pytała "Co cicho???!!! Co cicho???!! Zapłacone!!!" Najkoszmarniejszy sen, jaki może się przyśnić. Nie oceniam urody, bo to rzecz względna, ale pani coś w sobie miała. Coś czego więcej nie chciałabym widzieć.

Uczciwie muszę przyznać, że miałam też problem z demonem seksu w postaci przedstawiciela płci męskiej. Pan miał dokumenty estońskie. Mówił perfekt po rosyjsku i wyglądało na to, że jest Rosjaninem. Początek był jako taki. Wesoły człowiek szybko nawiązujący kontakt z innymi Gośćmi. Niestety, po iluś tam opróżnionych butelkach zaczął być męczący. Otóż, Pan zapragnął kobiety! Obdzwaniał kolejne numery, ale bez powodzenia. To był czas, kiedy w Gdańsku było bardzo, bardzo dużo turystów i panie uprawiający najstarszy zawód nie miały wolnych mocy przerobowych. Chciał znaleźć pokój prywatny (u nas spał w dormitorium z innymi ludźmi, a  pokoje prywatne były zajęte), żeby zaprosić upragnioną kobietę do siebie. Wiedziałam, że o tej porze nocy (ok 3-ciej nad ranem) nie znajdzie raczej takiego lokum, zwłaszcza, że w tym czasie w Gdańsku było baaaardzo dużo przyjezdnych. Podsuwał mi telefon, żebym rozmawiała z kandydatkami po polsku, ale na szczęście żadna nie odbierała. Marzyłam, żeby coś znalazł i poszedł sobie. Był sympatyczny, ale o tej godzinie robił za duże zamieszanie. O czwartej udało się! Znalazł kandydatkę. Zamówiłam mu taksówkę, przekazałam taksówkarzowi wszelkie dane i.... nastała cisza. Taka piękna cisza....

Poza tym jest normalnie. Wesoło i interesująco. Ciekawa historię przyniosła Helga z Brazylii. Super babka!  Imię ma staroświecko niemieckie, ponieważ jest prawnuczką Niemca, który wybrał Brazylię na miejsce zamieszkania. Arystokratyczne nazwisko starego pruskiego rodu przeniosło się do Ameryki Południowej w trudnych czasach okołowojennych. Skojarzenia mogą być tylko jedne. Niemniej Helga nie ma nic na sumieniu i nie ponosi odpowiedzialności za życie przodków. Super dziewczyna! Wniosła wiele dobrej energii do Hostelu Mamas&Papas.


I prawie mieliśmy nową flagę! Po sześciu latach bardzo rzadko trafia się nowe trofeum na naszej mapie. Prawie zewsząd ludzie już u nas byli. Gościliśmy chłopaka z Niemiec. Urodę i imię miał raczej egzotyczne. W trakcie rozmowy okazało się, że urodził i wychował się w Niemczech, ale rodzice są z Etiopii. Mówił, że nie odwiedzili kraju od czasu ucieczki. Jest zbyt niebezpiecznie. Prawdziwi uchodźcy.

"Etiopczyk" po lewej. Po prawej jego kumpel. Ależ energia! 
Młodziutcy Słoweńcy. Zapowiadają się na fajnych dorosłych.

Papas i Anglik o rosyjskim imieniu, urodzony gdzieś tam poza Anglią. Wszystko nie jest ważne. Super człowiek!

Zobaczcie, jaki mały bagaż ma Australijczyk

Ludzie listy piszą.....

Na koniec muszę pożalić się na Kiciusia. Zrobił się z niego jakiś łachudra i ulubioną miejscówką znowu jest śmietnik. Ręce opadają :) Jest ogród, jest domek zbudowany przez Dyzia i Papasa, a ten wybiera śmietnik! Kiciuś to Kiciuś :)




niedziela, 9 lipca 2017

Potyczki językowe




Pisałam niedawno o Japonce pięknie mówiącej po polsku. Wcześniej też bywali u nas Goście z różnych, mniej lub bardziej, egzotycznych miejsc mówiący lub starający się mówić w naszym języku. Za każdym razem ludzie ci budzą nasz szczery podziw. Wiadomo, język polski do łatwych nie należy.
Wielu obcokrajowcom wydaje się, że języki polski i rosyjski są bardzo podobne. Prawie to samo. Rzeczywiście grupa językowa ta sama, ale różnice są spore. Można nieźle wprowadzić się w błąd. Naszym ostatnim hitem jest słowo "czeluść" (zapis fonetyczny). Po rosyjsku oznacza "szczęka". Z kolei rosyjski wyraz "zdanie" to po naszemu "budynek". "Czaszka" to "filiżanka". I najbardziej mylące: "zapomnij" znaczy "zapamiętaj". Często bawimy się z Gośćmi z krajów słowiańskich w gry słowne, które burzą nam nasze rozumienie wyrazów :)
Tamas z Węgier uświadomił nas, że również język węgierski może dla Polaka brzmieć swojsko. Np. peron po węgiersku to... peron. Również czereśnia brzmi tak samo. Natomiast nasza swojska kapusta to w języku bratanków "kapuszta". "Sz" czyta się jak nasze "s" i mamy kolejny pięknie brzmiący po polsku wyraz. A przecież polski i węgierski wydają się być tak bardzo różne.
Inną historię opowiedział nam Jonas - młody, sympatyczny Niemiec. Kiedyś próbował witać znajomych w Polsce słowem "zakopane". Jego dziewczyna miała kapcie z napisem "Zakopane" - pamiątka z wyjazdu. Jonasowi wydawało się, że na paputkach jest odpowiednik angielskiego "welcome". Tak jakoś wizualnie to odebrał, że bez upewniania się stwierdził, że to na pewno jest "welcome" i witał ludzi serdecznym zawołaniem "zakopane"! Przy okazji dowiedział się, że durszlak po niemiecku to "durszlak" (zapis fonetyczny). W jego stronach używa się innego określenia. Pół wieczoru nie mógł uwierzyć, że Polacy więcej wiedzą o jego języku. Kolejny raz potwierdza się, że podróże kształcą, nawet w zakresie własnego języka ojczystego.

Zielony groszek z naszego ogródka. Sprawcą jest Dyzio.

Francuska mama z nieśmiałym młodym dżentelmenem.

Finki - ciągle sie smiały :)

Silna ekipa! 100% pozytywnej energii. W samym środeczku na kanapie "nasz" Gabi. Pisaliśmy o nim w naszej relacji z Azji.



James z Australii próbuje ułożyć białą kostkę.Wielu próbuje. Prawie nikomu się nie udaje. Jeden z Gości w przeddzień wyjazdu walczył z kostką do białego rana. Udało się!