niedziela, 27 grudnia 2015

Święta


Grzesiu "Mordka" reaktywacja

Kolejne świętowanie za nami. W tym roku pokazaliśmy nasze obyczaje Gościom z Niemiec, Białorusi, Korei Południowej i Malezji. W tym ostatnim przypadku trudno nawet określić kraj. Cheng jest z pochodzenia Chińczykiem. Jest obywatelem Malezji. Aktualnie mieszka w Szwecji, do której przyjechał z Australii. Właśnie Australia była ostatnio miejscem jego stałego pobytu. Taki jest teraz współczesny świat. Wielu ludzi jest po prostu obywatelami świata.
Wracając do świąt, najbardziej nieznany był oczywiście opłatek. Potrawy wigilijne autorstwa p.Czesi wzbudziły furorę i zniknęły błyskawicznie.  Nie dziwię się :)
Po kolacji nastąpiła lekcja historii. Młodzi ludzie z zagranicy byli bardzo zainteresowani czasami sprzed 1989 roku. Poopowiadaliśmy z Papasem o absurdach minionych dziejów i sami nie dowierzaliśmy, że było tak "barejowsko". Absurd gonił absurd. Ale było minęło! Po garści opowieści o czasach komunizmu Goście udali się na Pasterkę. "Nasza" Patricia uzyskała zgodę w pobliskim kościele na zrobienie serii zdjęć w czasie mszy i zabrała ze sobą międzynarodową gromadkę. Zobaczyli coś, czego nie ma w przewodnikach.
Koreanki zostały w hostelu. Swoją drogą wyjątkowo dużo jest koreańskich Gości. Nie bardzo ogarniam, dlaczego ludzie z jakiegoś kraju wyjątkowo licznie w poszczególnych momentach zaszczycają nas swoja obecnością (poza aktualną dostępnością tanich lotów z jakiegoś miejsca). Niemniej fajnie jest pogłębiać naszą wiedzę o poszczególnych miejscach. Wiedzieliście, że w Korei człowiek w momencie narodzin ma 1 rok? W Europie mówi ktoś, że ma na przykład 24 lata, a u siebie w kraju ma lat 25. Podobne zaskoczenie mieliśmy w Tajlandii, kiedy dowiedzieliśmy się, że aktualnie mamy rok 2558 chyba albo jakoś tak. Nie nadążam :) Tak samo poziom poziom pikantności potraw. Pisałam o polsko-koreańskiej wymianie misek tydzień temu ( http://hostelik.blogspot.com/2015/12/korea-w-kamaszach.html ). Używając skali 3-stopniowej (wg Kanga) coś, co dla mnie jest niemożliwe do przełknięcia, dla nich jest to tylko medium. Papas ten poziom łyknie, ale "high" (wysoki) jest niedostępny nawet dla Papasa.  Na szczęście tradycyjne potrawy wigilijne nie wymagały takiego poświęcenia i kolejny raz z dumą zaprezentowaliśmy światu naszą pyszną kuchnię.








niedziela, 20 grudnia 2015

Korea w kamaszach

Wyjątkowo często odwiedzają nas ostatnio Goście z Korei Południowej. Ostatnio zostaliśmy zaskoczeni nawet informacją, że marzeniem pewnego Koreańczyka jest emigracja do Polski. Na razie przyjechał na miesiąc. Z dużym zapałem uczy się polskiego i czuję, że naprawdę zrealizuje swoje pragnienie.
Nie mieliśmy pojęcia, że  w Korei bardzo popularna jest firma Ziaja. W Polsce jest to jedna z tańszych marek. W Korei jest to marka bardzo droga. Nasz miły Gość pytał o możliwość zakupu kosmetyków firmy "Dżiadżia". Długo się zastanawialiśmy, o co mu chodzi. Nie mogliśmy zrozumieć, czego szuka. Wtedy napisał tą nazwę i już wszystko było jasne. Ma zamówienie od mamy i innych krewnych, bo skoro jest w Polsce, to może zaopatrzyć je taniej w ten luksusowy towar. No, proszę! Wszystko jest względne.
Po powrocie do Korei nasz miły Gość szykuje się na dwuletni pobyt w armii. Każdy między 20 a 30 rokiem życia musi swoje odsłużyć. Nie ma zmiłuj! Wymusza to sąsiedztwo Korei Północnej. Od wojska może wyreklamować tylko małżeństwo z cudzoziemką albo posiadanie żony i dwójki dzieci. Nie ma innych odstępstw. Można też uciec od wojska wyjeżdżając z kraju na ....30 lat. Kang nie chce porzucać rodziny na tak długi okres. Chcąc nie chcąc szykuje się w kamasze.
Jako kolejny Azjata poruszył bolesny problem historycznych relacji z Japonią. Niesamowite, jak mimo upływu lat, żal wciąż siedzi w sąsiadach Japonii. Kang, jako kolejny człowiek stamtąd, powiedział, że Koreańczycy czekają na słowo "przepraszam". Przyznanie się i poproszenie o przebaczenie. Pisałam już o tym ( http://hostelik.blogspot.com/2014/09/trzy-chinki.html ). 
My z kolei poprosiliśmy o przeprosiny za nieudany występ Polaków na Mistrzostwach Świata w Piłce Nożnej w 2002  roku. Również reprezentacja Korei przyłożyła rękę (nogę) do naszej klęski. Kang wziął problem na klatę i przeprosił. Można? Można!!!

W ramach łączenia kultur Kang i Papas wymienili się miskami. Koreańczyk ugotował koreańskie danie (nie dałam rady zjeść - pikantne, jak cholera), a Papas w rewanżu poczęstował go pychotą p.Czesi. W ten sposób sława Czesinych dań umocniła się na kontynencie azjatyckim :)
Wymiana misek
Wracamy do Europy. Mamy nową flagę. Gościliśmy obywateli Malty. W ten sposób została nam tylko Albania i Czarnogóra i będziemy mieli "zaliczoną" caluteńką Europę. Albańczycy i Czrnogórcy czekamy!


Malta i Korea - trzy bratanki :)
Panny z USA

Ostatnie chwile przed kamaszami

Młodzież z Australii i Nowej Zelandii. Jak oni wytrzymują naszą zimę? Nawet łagodną....

Mega pozytywni Polacy. Więcej prosimy :)

niedziela, 13 grudnia 2015

Turkmenistan po polsku

Na mapę Papasa przybyła nowa flaga. Przyjechał do nas Gość z Turkmenistanu. Bardzo szczególny Gość. Zawojował nasze serca od samego wejścia.
Podróżny z tak egzotycznego kraju przywitał nas nienaganną polszczyzną. Jesteśmy pod wielkim wrażeniem, bo mówi przepięknie. Jurek jest potomkiem Polaków. Jego pradziadek został deportowany na Syberię jeszcze za cara. Dziadek był jeszcze stuprocentowym Polakiem, a tata ożenił się z Rosjanką. Jurek jest więc w połowie Rosjaninem, w połowie Polakiem i dla obu ojczyzn bije jego serce. Historia jego rodu jest, niestety, typowa dla wielu rodzin. Zsyłka, śmierć przodków  mamy w mrocznych stalinowskich czasach. Jurek nie wie, czy ma jakąś rodzinę w Polsce. Ma bardzo często występujące nazwisko i na dodatek wywieziony pradziadek mieszkał w Warszawie. Tak więc nie ma szans na odnalezienie w Polsce jakichkolwiek krewnych. Tym bardziej zadziwia i zachwyca piękno jego polszczyzny, jak również wiedza na tematy polskie.
Jego obecna ojczyzna nie należy do tych najbardziej wymarzonych. Kraj jest rządzony w sposób dyktatorski. Poprzedni prezydent siedział na stołku jeszcze za czasów Związku Radzieckiego i aż do śmierci w 2006 roku. Obecny (czyli drugi w historii niepodległego Turkmenistanu) od pogrzebu poprzednika do swojego własnego zapewne. Dostał 99% poparcia, więc kto mu zabroni? Trochę jak na Białorusi.
Nie jest łatwo się tam dostać. Przede wszystkim trudno znaleźć jakieś sensowne połączenia lotnicze. Poza tym wiza jest obiektem prawie nieosiągalnym. Co najwyżej tranzytowa 5-dniowa. Albo wyjazd zorganizowany przez biuro podróży z góry określonym planem pobytu.
Kraj jest zamknięty nie tylko na turystów. W ogóle jest zamknięty. Zablokowane są popularne witryny takie, jak: Facebook, YouTube czy Blogspot. A ja właśnie na blogspocie piszę tego bloga :(
W ogóle internet jest drogi i widać polityka jest taka, żeby ludziom nie otwierać za szeroko tego okna na świat.
Za to tani jest transport, a gaz i woda za darmo. Tania jest energia elektryczna i chleb, ale np. sery, jogurty są drogie i nie tak smaczne, jak w Polsce.
Turkmenistan jest niby krajem islamskim, ale sprawy religii traktowane są tam lekko. Muzułmanie często nie mają oporów przed jedzeniem wieprzowiny czy piciem alkoholu. Chyba wszelkie wyznania praktykowane są po sowiecku, bez specjalnego nadęcia religijnego. Oprócz muzułmanów (ponad 90%) są też widoczni wyznawcy prawosławia. Kościoły katolickie nie występują. Funkcjonują "ambasady watykańskie" czyli małe wynajęte pomieszczenia do uprawiania kultu religijnego.
Bardzo egzotycznie brzmiała opowieść Jurka. Chciałabym kiedyś odwiedzić to miejsce. Turkmenistan i sąsiednie kraje. Szykuje się nam nowy kierunek podróży.

Jurek i Andrzej
 

Kto znajdzie różnicę między dwoma powyższymi zdjęciami?
 
Wielkie gotowanie

Australiskie urodziny w Polsce :)

Amerykańskie leniuszki :)

Smacznego!

niedziela, 6 grudnia 2015

Refleks to podstawa

Refleks to podstawa. Mieliśmy kolejny przypadek niezręcznej sytuacji zapachowej. Weszłam do łazienki po kąpieli Gościa i stwierdziłam, że nie pachnie świeżo. Przeciwnie, pachniało bardzo nieświeżo. Nie bardzo potrafiłam określić przyczynę smrodu, więc otworzyłam tylko okno i zapomniałam o sytuacji. Chwilę później zauważyłam, że komuś w dormie ręcznik spadł na podłogę. Weszłam i podniosłam i.... padłam. Zrozumiałam w sekundę, dlaczego tak brzydko pachniało w łazience.  Sytuacja była trudna, bo wszystkie łóżka w pokoju miały być tego dnia zajęte i zanosiło się się, że będzie bardzo niekomfortowo dla pozostałych Gości. Zrobiliśmy z Papasem szybką naradę. Czyściutki właściciel cuchnącego ręcznika siedział w common room, więc wrzuciliśmy bez jego wiedzy trefną szmatę na krótkie pranie. Potem do suszarki. Zanim Pan wrócił do pokoju - czyściutki, pachnący ręcznik leżał tam, gdzie go zostawił. Zastanawialiśmy się, czy zorientował się w sytuacji czy może był taki odporny na smród, że nie robiło mu to różnicy. Tak czy siak refleks to podstawa. Zapobiegliśmy katastrofie ekologicznej :)

Inny nasz Gość wykazał się refleksem  mniej błyskotliwym, ale w ostatecznym rozrachunku z szczęśliwym zakończeniem. Spędził w Gdańsku niezbyt długi czas i nie wszystko zdążył "zaliczyć". W przeddzień wyjazdu przyszedł wieczorem pożegnać się i wydrukować bilet. Z żalem wyznał, że samolot odlatuje o 9 rano, więc wyjedzie na lotnisko bardzo wcześnie i niestety nie zdążył pojechać do Sztutowa (a bardzo mu zależało). Wydrukował bilet i ...okazało się, że jego samolot odlatuje o 22:10. Chłopak się strasznie zdziwił i ucieszył jednocześnie. Żebyście widzieli jego minę! Jakby pierwszy raz na oczy widział bilet, który osobiście zakupił nie tak dużo wcześniej. Zdążył pojechać do Sztutowa i na samolot też. Refleks szachisty, ale lepiej wolniej niż wcale.

Na zakończenie meldunek z flagowej pasji Papasa. Mamy kolejną nowość - flaga Cypru. Nie wiemy, która to już, bo około dziewięćdziesiątej przestaliśmy liczyć.









niedziela, 29 listopada 2015

Migawki



Dzisiaj opowiem Wam kilka historii. Króciutkich. Takie tam migawki z życia Hostelu Mamas&Papas :)

Nasz Emilka wybrała się na mecz Lechii. Nie podejrzewaliśmy jej o takie zainteresowania, ale chciała, to poszła. Wiecie, jakie miała główne spostrzeżenie? Rzuciło jej się w oczy (albo raczej w uszy), że wszyscy wokół używają w zasadzie jednego słowa - "K...A". Jako cudzoziemka odniosła wrażenie, że wyraz na "K" jest bardzo ważnym słowem w języku polskim.

Pisałam wcześniej o niespotykanym wcześniej "wysypie" wegan i wegetarian. Wśród tych drugich (niektórych) panuje dziwna moda. Są wegetarianami z przerwami. Tzn. są, są i są i któregoś dnia proszą o wędlinę. Albo wegetarianizm z odstępstwem dla żurku z kiełbasą. Mieliśmy wyznawcę tej diety we wszystkie dni tygodnia oprócz piątku. Była też panna, która bardzo dbała o reguły, ale na widok galarety z indyka p.Czesi wymiękła i zajadała się potrawą, aż jej się uszy trzęsły.

Jeden z naszych Gości odwiedził knajpkę "zrobioną" w klimacie Guntera Grassa, Gdańszczanina z urodzenia. Zapytał pracującą tam dziewczynę, czy wie, kim jest człowiek z wielkiej fotografii (Grassa) wiszącej w lokalu? Panna nie miała zielonego pojęcia. Aż dziw bierze! Nie słyszeć nic o takim znanym pisarzu mieszkając w Gdańsku i pracując w miejscu pod jego patronatem?! Gość nie mógł pojąć takiej ignorancji. My też nie możemy.

Odwiedził nas sam Bonaparte! Nie miał na imię Napoleon i był Szwedem, ale Bonaparte to Bonaparte :)

Będąc przy nazwiskach.... Miniony sezon stał pod znakiem wyjątkowo licznych Gości z zagranicy o bardzo swojsko brzmiących nazwiskach. Grzejszczak, Babiarz, Grzelczyk, Grzymka, Małolepszy itd. Wymarzone nazwiska dla ludzi żyjących w USA, Francji czy Niemczech :) Najbardziej spodobało nam się nazwisko Gorczyca. Prawie jednocześnie przyjechała Amerykanka o tym nazwisku i dziewczyna z Francji, też Gorczyca. Jak one zabawnie wymawiają ten wyraz! Amerykanka znalazła napis "gorczyca" w składzie musztardy. Zrobiła fotkę i rozesłała do wszystkich znajomych. To się nazywa duma z nazwiska!

Młodzi Słowacy opowiadali nam, że jak byli na Litwie i nie mogli się dogadać po angielsku, przechodzili na język słowacki i bez problemu załatwiali swoje sprawy. Na Litwie język polski wciąż jest dosyć znany. Jak nie polski to słowacki! Polak Słowak dwa bratanki!

Mieliśmy awarię aparatu, więc zdjęć nie mam. Dzisiejsze parę fotek są od naszej Patricii. Pierwsze to nasz hostel od strony kanału. Poznajecie?


  












niedziela, 22 listopada 2015

Rower i taxi




Coraz mniej Gości dociera do Gdańska i do Hostelu Mamas&Papas. Mimo to, problemy pozostają wciąż takie same, jak w szczycie sezonu. Przybysze muszą być wciąż czujni i pilnować się na każdym kroku, żeby nie dać się oskubać. Przykładem pecha była młoda Angielka, która spędziła w Gdańsku pół doby. Przyjechała do Bydgoszczy na Camerimage i do Gdańska zawitała tylko po to, żeby wsiąść w samolot powrotny. Zdążyła wejść na chwilę na ul. Długą. Tam skorzystała z usług kantoru pod numerem 9/10, przed którym wszystkich przestrzegamy. Miejsce to jest znane w mediach z bardzo nieuczciwych zachowań. Mają to gdzieś i dalej działają i naciągają kolejnych turystów. Angielka wzięła z miasta taksówkę i oczywiście przepłaciła. Zaproponowaliśmy jej wezwanie taksówki na poranny samolot z korporacji. Okazało się, że nie będąc świadoma, że została oskubana, zamówiła już tą samą taksówkę na rano. Jak zobaczyłam następnego dnia Pana z Wąsem na tle rozklekotanej fury, nie miałam wątpliwości, co czeka naszego Gościa. Lato, jesień czy zima - nieważne! Cały czas turyści są narażeni na przykre sytuacje.





Inny problem wystąpił  z rowerzystą z Francji. Kiedy przybył do Hostelu Mamas&Papas byliśmy na zewnątrz budynku. Szybki check-in z miłym, młodym człowiekiem. Wniósł tylko rzeczy na recepcję i pognał na miasto. Rowerzysta odbiegł, a nas dobiegła woń jego bagażu. Absolutnie nieakceptowalna w budynku. Rzeczy zostały przeniesione w odosobnione miejsce z otwartym oknem. Co zrobić z człowiekiem? Szczerość jest najlepsza. Kiedy wrócił wieczorem, powiedziałam mu o naszych odczuciach zapachowych. Zresztą on sam też nie pachniał zbyt świeżo. Chłopak był gotów natychmiast ewakuować swój bagaż gdziekolwiek. Wykazał fantastyczną wolę współpracy. Okazało się, że jest w drodze od trzech miesięcy. Zjechał na rowerze około 6 tysięcy kilometrów. Zaczął we Francji. Poprzez Niemcy, Danię, Norwegię, Szwecję, Finlandię, Estonię, Łotwę i Litwę dotarł do Gdańska. Na ogól sypiał w namiocie, bez łazienki i innych wygód cywilizacji. Ostatni etap nie dał mu szans na pranie i stąd zapach bagażu. I właściciela też. Bez obrazy przyjął moją prośbę o wzięcie prysznica NATYCHMIAST. Wynajął miejsce w pokoju wieloosobowym, ale dla dobra innych umieściliśmy go solo w pokoju prywatnym. Oprócz siebie musiał ogarnąć bagaż. Pranie, wietrzenie. Na drugi dzień sam stwierdził, że już nie capi i może spać z innymi ludźmi. Bardzo nas ujęło jego podejście do tej sytuacji. Brudasem nie jest. Sytuacja była, jaka była. Niezręczna zarówno dla nas, jak i dla niego. A chłopak jest bardzo fajny i .... niesamowity. Ten namiot centralnie w środku Norwegii i jagody na śniadanie i obiad i kolację.... No, chyba, że coś źle zrozumiałam. Ale nie wydaje mi się. Fajne są ludzkie pasje!



niedziela, 15 listopada 2015

Jestem Argentynką





Poznajecie Pana z powyższego zdjęcia? Tak, tak. Grant nas odwiedził :) Wpadł na chwilkę, bo aktualnie pracuje i nie może sobie pozwolić na dłuższe polegiwanie w Hostelu Mamas&Papas. Dla zainteresowanych i stęsknionych krótkie info. Mieszka w Poznaniu. Pracuje w szkole językowej. Uczy dzieci i dorosłych. Woli tych drugich, bo dzieciaki wchodzą mu na głowę. Nadal próbuje zgłębiać język polski i jest w tym coraz lepszy. Polska podoba mu się i na razie nie planuje zmian. Przywiózł nam oryginalną wódkę ze swojej Kornwalii - pierwsza tamtejsza zrobiona z ziemniaków. Piszę o tym, bo dowiedziałam się, że to ważne ;)

My też na razie nie planujemy zmian, ale z moim wyglądem mogłabym mieszkać w wielu miejscach.
Wciąż jestem zaskakiwana wiadomościami, kogo przypominam naszym Gościom. Byłam m.in. Niemką czy Gruzinką. Ostatnio chłopak z Argentyny powiedział, że gdybym przeszła się ulicą w Argentynie nikt nie domyśliłby się, że nie jestem Argentynką. Sam Argentyńczyk był blondynem o niebieskich oczach i rudawym odcieniu zarostu. Oczywiście nie omieszkałam zapytać go o pochodzenie. Jego przodkowie to Irlandczycy, Szkoci i Baskowie. Jaki ten świat jest mocno pomieszany. Ludzie przemieszczają się, mieszają i chyba niedługo trzeba będzie zmienić definicję słowa "narodowość". Był kolejnym przykładem na to, że sprawa określenia narodowości nie jest taka prosta.
Tak samo, jak nie jest łatwe przypisanie do konkretnych miejsc. Jeden z naszych ostatnich Gości legitymował się paszportem z Indii. Tam się tylko urodził. Wychował się w Tanzanii, a aktualnie mieszka w Niemczech. Z rozmowy wynikało, że najcieplej wspomina swoje dzieciństwo w Afryce. Jak na razie żył nie dość, że w trzech różnych krajach, to na dodatek na trzech kontynentach. Inne języki, kultura. Takich ludzi jest całkiem sporo. Obywateli świata!











niedziela, 8 listopada 2015

W poszukiwaniu szczęścia

W Hostelu Mamas&Papas żałoba. Wyjechała nasz ukochana Emily. Wyjazd był nieoczekiwanie przyspieszony. Bardzo za nią tęsknimy. Życzymy każdemu, żeby spotkał na swojej drodze kogoś takiego, jak Emily. Cudowna dziewczyna! Może nasze drogi kiedyś skrzyżują się jeszcze.

Drugą wiadomością mijającego tygodnia było dostanie się naszej nowej workaway'ki Patrici na wystawę fotografii w USA. Patricia jest profesjonalną fotografką i przyjęcie jej prac na wystawę jest wielkim sukcesem. Przyjechała do nas swoim samochodem zapakowanym francuskim winem i było jak znalazł, żeby uczcić sukces.




Wciąż nas kręcą ludzkie opowieści. Działamy już piąty rok i nigdy nie nudzimy się w hostelu. Goście opowiadają nam o sobie, o swoich krajach, o podróżach. 
Ostatnio zarezerwował pokój pewien Polak. Pan w średnim wieku, z młodą otwartą duszą. Od początku poczuliśmy do niego ogromną sympatię. Co prawda odmówił miski zupy p.Czesi, ale nie wiedział, co uczynił. Gdyby wiedział, to by nie odmówił. 
Jego historia jest bardzo interesująca. Mieszka w Anglii. Przeniósł się tam będąc po czterdziestce. Z dnia na dzień. Podjął taką decyzję z powodów, powiedzmy, "sercowych". Z wykształcenia jest weterynarzem. W pracy zawodowej zajmował "górne " stanowiska. Zdecydował się na wyjazd na Wyspy i zaczął od pracy ....na szmacie. Bez kompleksów, bez obrazy. Chciał zmienić coś w swoim życiu. Miał dość egzystencji w stylu korpo. Po jakimś czasie zrobił kurs na pielęgniarza. Był jedynym Polakiem, który w tym szpitalu odważył się na taki krok. Wśród kolegów od szmaty byli ludzie wykształceni, mogący spokojnie zejść z mopa, ale nie mieli odwagi. Nasz Gość mówi, że jest to dosyć charakterystyczne dla Polaków. Mają kompleksy językowe i mało odwagi do zmiany swojej sytuacji. Inne nacje nie mają z tym problemu. Jego awans dla wielu wydałby się drogą na dół drabiny społecznej. A on jest szczęśliwy. Kocha swoją pracę. Uwielbia być wśród ludzi, nawet, jeżeli wykonuje czynności niezbyt atrakcyjne z jego dawnego punktu widzenia. Z wieloma osobami zżył się. Kilkoro odprowadzał w ich ostatniej drodze.
Tu też opowiedział nam o innym podejściu do śmierci w Anglii. Śmierć nie jest takim tabu, jak w Polsce. W trudnych przypadkach leczniczych ludzie są poinformowani, że mogą zgłosić zastrzeżenie, żeby nie przedłużać im życia za wszelką cenę. Żeby nie podejmować resuscytacji w beznadziejnych sytuacjach, tylko po to, żeby przedłużyć cierpienie bez nadziei na wyleczenie. Tłumaczy im się, co i jak.
Pogrzeby też mają charakter bardziej spotkania wspominkowego niż wyłącznie płaczu i cierpienia. Oczywiście ludzie opłakują tych, co odeszli, ale jednocześnie wspominają różne sytuacje z życia zmarłych i często w kaplicach rozbrzmiewa śmiech. Jeżeli jest coś zabawnego, to czemu nie pośmiać się.
Dla mnie, osoby żegnającej zmarłych "na sposób polski" brzmi to nieswojo, ale potrafię sobie wyobrazić inne podejście do tej kwestii.
Bardzo nam się podoba takie podejście do życia, jakie przedstawił nam nasz Gość. Nie pędzimy po lepszy samochód i większy dom. Pędzimy tam, gdzie odnajdujemy siebie. Tak jak my z Papasem w naszym hostelu. I czekamy tu na kolejne opowieści ludzi zadowolonych z życia, po prostu szczęśliwych.