Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chiang Mai. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chiang Mai. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 stycznia 2018

Mamas&Papas konspirują w Chiang Mai (wpis 4.)



Chiang Mai jest bardzo turystycznym miastem. Trzy dni w naszym przypadku to maksimum, zwłaszcza, że nie byliśmy zainteresowani atrakcjami wokół miasta - słonie, tygrysy itp. Atmosfera bardzo komercyjna. Turystów więcej niż lokalsów. Bardzo nas rozczarował "Saturday Market". Oczywiście zdawaliśmy sobie sprawę, że będą tłumy, ale jak miejscowy jadłodawca za słuszną cenę podał nam trochę trawy z czterema kawałeczkami mięsa, poczuliśmy się zdradzeni. Azja kojarzy się z pysznym, tanim jedzeniem z ulicznych garkuchni. W czasie Saturday Market było drogo. I gdyby było drogo (wiadomo popyt podnosi ceny), ale nadal pysznie, byłby ok.
Następnego dnia (wieczoru) był Sunday Market, ale popatrzywszy na jeszcze większe tłumy niż wczoraj, uciekliśmy jak najdalej.



Ostatnie dzień w Chiang Mai rozpoczęliśmy, jak co dzień, wędrówką w poszukiwaniu jakiejś śniadaniowni, która o tej porze jeszcze gotuje. Chcieliśmy też odwiedzić świątynię, która miała być inna od poprzednich. Nauczeni doświadczeniami z poprzedniego dnia, załatwiliśmy sobie kartkę z nazwą świątyni napisaną po tajsku. Tym razem bez problemów stongthaew dowiózł nas na miejsce. Po obejrzeniu tego interesującego, spokojnego miejsca, postanowiliśmy wrócić do hotelu pieszo. Lubimy chodzić...












Było bardzo ciepło - ponad 30 stopni. Wędrując w upale pomyśleliśmy, że dobrze byłoby uzupełnić płyny. Weszliśmy do najbliższego lokalnego sklepiku i poprosiliśmy miłą, starszą Panią o dwa małe piwa. Zapomnieliśmy, że między 14 a 17 w Tajlandii obowiązuje zakaz sprzedaży jakiegokolwiek alkoholu. Była 16:30. Pani sklepowa bez mrugnięcia oka puszeczki nam sprzedała i od razu zapakowała w specjalnie papierowe torebki klejone z jakichś materiałów informacyjnych dla turystów. Konspirując tak czuliśmy się jak w amerykańskim filmie :)



Lubimy chodzić pieszo, bo wtedy można zajrzeć w boczne uliczki, zatrzymać się przy ciekawych miejscach, pouśmiechać się do ludzi :)

Nasz hotelik okazał się być bardzo fajnym, chociaż po przyjeździe trochę mieliśmy obaw. Nasi poznani w samolocie przyjaciele z Gdańska byli w Chiang Mai rok temu w styczniu i mówili, że było bardzo dużo komarów. Uzbrojeni w tę wiedzę zapytaliśmy właściciela, jak jest z tymi komarami. Powiedział, że jest ich sporo i zalecał używać moskitiery. Natychmiast pobiegliśmy do apteki po środek na komary.
Wieczorem mieliśmy lenia i nie chciało nam się psikać tym środkiem. Moskitiery też nie chciało nam się rozwijać. Efekt? Doskonały! Nie odwiedził nas ani jeden latający gryzoń! Co więcej, nigdy nas nie odwiedziły do końca pobytu. Komary omijały nas  szerokim  łukiem. No, i bardzo dobrze :) Szkoda tylko kasy przepuszczonej w aptece :)





























niedziela, 7 stycznia 2018

Mamas&Papas zdobywają szczyt (wpis 3.)








Pierwsza noc w Chang Mai miała być przede wszystkim długą nocą, żeby odespać podróż. Plany są tylko planami, należy je zmieniać. Przebudziłam się po kilku godzinach snu i przyłapałam Papasa na przygotowaniach do wyjścia do miasta. Nie budził mnie, bo znając moją naturę wiedział, że nie ma to sensu. Zadziwiłam go bardzo, bo ochoczo przyłączyłam się do jego planów. Postanowiłam odespać później.
Mimo, że dla mnie było bardzo wcześnie, śniadaniownie już nie pracowały. Wyruszyliśmy więc na głodniaka, korzystając ze sprawdzonego środka transportu, jakim jest stongthaew. Tym razem nie powiodło się nam. Pan wywiózł nas gdzieś daleko i sam się zorientował, że coś jest nie tak. Ponownie wytłumaczyliśmy przy pomocy mapy, o co nam chodzi. Zawiózł nas w inne miejsce i pokazał ręką jakąś miejscówkę po drugiej stronie ulicy, która wyglądała na nieczynną dyskotekę. Machnęliśmy ręką na takiego przewodnika i odprawiliśmy go. Kiedy odwróciliśmy się do tyłu zobaczyliśmy ten sam hotel, w który dzień wcześniej uzyskaliśmy pomoc szukając drogi z lotniska do naszego hotelu. Świat jest taki mały! Oczywiście poszliśmy do owego hotelu ponownie po pomoc. Niestety, poza tym, że ludzie byli bardzo mili i próbowali być pomocni, nie udzielili nam wystarczająco skutecznej pomocy. Głodni dowlekliśmy się do jakiejś przyhotelowej knajpy, żeby coś zjeść i wypić. Obok był punkt informacji turystycznej. Pani urzędująca tam była bardzo kumata i udzieliła nam wielu informacji w niezłej angielszczyźnie. Przy okazji umiejętnie złowiła na zakup wycieczki. Nocne zwiedzanie Wat Doi Suthep. I tak się tam wybieraliśmy, więc skorzystaliśmy z oferty.
Najpierw jednak odnaleźliśmy wreszcie, dzięki owej Pani, Wat Chiang Man, który był naszym celem od rana. To świątynia o największym prestiżu. Potem zajrzeliśmy do Wat Phra Singh - najstarszej świątyni. Nie do końca wyszło nam zwiedzanie, bo obcokrajowcom kazali kupować bilety. Nie była to kwota oszałamiająca, ale uważamy, że w czynnych świątyniach nie powinno się ograniczać dostępu. 














Po południu podjechał po nas samochód i w ten sposób dołączyliśmy do naszej kilkunastoosobowej grupy. Oprócz nas, dwójki Amerykanów i jednego Singapurczyka, byli sami Koreańczycy. Najpierw zawieźli nas do jakichś tuneli, gdzie mnisi medytują. Bardzo stara konstrukcja. I .... bardzo niska. Ja i Papas budziliśmy rozbawienie, kiedy, jako jedyni, musieliśmy zginać się w pół, żeby jakoś się przemieszczać.






Potem wyruszyliśmy do Doi Suthep. Tam musieliśmy wdrapać się po 309 stopniach na szczyt. Nie ukrywam, że doczłapałam się jako ostatnia. Jestem bardzo szczęśliwa, że w ogóle dotarłam, bo momentami myślałam, że padnę :) Przez część wspinaczki Amerykanka z naszej grupy też nie dawała rady, ale potem jednak udało jej się przyspieszyć, a ja jak sierota wlokłam się i wlokłam :( Ale ostatecznie był sukces!

Odpoczynek po wspinaczce

















Nie udało się zdobyć nagrody za mój wyczyn. Pojechaliśmy na Night Market na kolację i niestety, porażka! Robili wybitnie pod turystów. Zresztą ilość białasów w Chiang Mai uderza nas od samego początku. Więcej białasów niż Tajów! Nas niedługo tu nie będzie. Mamy już wymyślony kolejny etap.