Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 grudnia 2016

Miejsce w szeregu



Popatrzcie na rysunek. Jakich zdolnych ludzi gościmy! Nawet Kiciuś się załapał na obrazek. A może zwłaszcza Kiciuś :)

Zostały 3 tygodnie do naszego wyjazdu. Zaczęliśmy intensywniej działać. Najpierw wiza do Chin. Zdecydowaliśmy się na pośrednictwo. W takim przypadku wiza kosztuje więcej, ale nie mamy zbyt wiele czasu, więc lepiej oddać sprawę w ręce specjalisty. Niestety, nie doceniliśmy chińskiej biurokracji. Konsulat w Gdańsku wymaga osobistego stawienia się w celu złożenia dokumentów. Musieliśmy udać się do konsulatu, a właśnie tego elementu procesu wyrabiania wizy chcieliśmy uniknąć najbardziej. Ale mus to mus! Chiński urzędnik nawet na mnie nie spojrzał :( A miał popatrzeć, popytać. Przynajmniej Ada zwróciła jego uwagę i jej papierom przyjrzał się bardzo dokładnie. Po tych oględzinach Papas nie był dla niego na tyle atrakcyjny, żeby poświęcić mu jakąkolwiek uwagę. Zdziwiło nas bardzo,że konsulat Chińskiej Republiki Ludowej w Gdańsku, obsługuje petentów TYLKO w języku angielskim i chińskim. Chiński nie jest naszą mocną stroną, a angielski znamy wystarczająco, ale co mają zrobić ludzie, którzy w tych językach ani me, ani be?!
Dziwne są te instytucje konsularne. Niedawno był u nas Amerykanin, który mieszka aktualnie w Kijowie i przyjechał do Gdańska do konsulatu Ukrainy, żeby przedłużyć wizę. Pierwszego dnia dowiedział się, że musi czekać dwa tygodnie. Były jakieś zamieszania z płatnościami. To było tak absurdalne, że nie zapamiętałam szczegółów. Zero logiki! Chłopak postanowił zasięgnąć języka w tej sprawie i dowiedział się, że w Krakowie może wszystko załatwić od ręki. Uzbrojony w tę wiedzę udał się ponownie do konsulatu w Gdańsku i dowiedział się, że przecież NO PROBLEM! Będzie miał wizę w ciągu godziny! Chyba powinniśmy przestać się dziwić czemukolwiek. Jest URZĄD, jest URZĘDNIK, musi być jakiś problem, żeby biurokracja nie umarła. Nieważne, czy to Chiny, Ukraina, Polska czy inny kraj. Swoje miejsce w szeregu każdy szaraczek musi znać :)
Na czas naszych chińskich formalności Grzesiu-Mordka został naszą recepcjonistką. Dzięki, Grzesiu! Jesteś jedną z naszych najlepszych recepcjonistek! Marnujesz się w swojej pracy ;)

Przecudna recepcjonistka

Sojusz koreańsko-tajwański 



Kóżka walczy

niedziela, 3 kwietnia 2016

Wieczór kawalerski

Wieczór kawalerski jest zmorą wszystkich hosteli. Dlatego też nie akceptujemy takich zdarzeń w Hostelu Mamas&Papas.
Tym razem złamaliśmy nasze zasady. Zadzwonił Marcin, który bywał już u nas wcześniej. Uczciwie przyznał się, że chciałby zatrzymać się w ramach wieczoru kawalerskiego. Marcina bardzo lubimy, więc zgodziliśmy się.
Panowie zaprzeczyli swoim zachowaniem wszystkim stereotypom związanym z obchodami wieczorów kawalerskich. Przyjechała grupa przesympatycznych, wesołych, kulturalnych, młodych ludzi z Polski. Nie zdemolowali hostelu. Nie zarzygali łazienek. Nie prowokowali swoim zachowaniem do wzywania policji. Świetnie się bawili się, a i my przy okazji mieliśmy śmiechu co niemiara. Było to dla nas bardzo fajne doświadczenie. Wieczór kawalerski, Polacy i żadnych negatywnych wspomnień.




Hitem wieczoru było przebranie głównego kawalera w tekturową zbroję. Rycerz prezentował się przednie, a my podziwialiśmy jego kolegów za kreatywność i pracowitość, którą włożyli w przygotowanie zbroi.


 
 




Słońce wyłazi coraz śmielej i niebawem spodziewamy się kolejnego wesołego sezonu w Hostelu Mamas&Papas.





niedziela, 8 listopada 2015

W poszukiwaniu szczęścia

W Hostelu Mamas&Papas żałoba. Wyjechała nasz ukochana Emily. Wyjazd był nieoczekiwanie przyspieszony. Bardzo za nią tęsknimy. Życzymy każdemu, żeby spotkał na swojej drodze kogoś takiego, jak Emily. Cudowna dziewczyna! Może nasze drogi kiedyś skrzyżują się jeszcze.

Drugą wiadomością mijającego tygodnia było dostanie się naszej nowej workaway'ki Patrici na wystawę fotografii w USA. Patricia jest profesjonalną fotografką i przyjęcie jej prac na wystawę jest wielkim sukcesem. Przyjechała do nas swoim samochodem zapakowanym francuskim winem i było jak znalazł, żeby uczcić sukces.




Wciąż nas kręcą ludzkie opowieści. Działamy już piąty rok i nigdy nie nudzimy się w hostelu. Goście opowiadają nam o sobie, o swoich krajach, o podróżach. 
Ostatnio zarezerwował pokój pewien Polak. Pan w średnim wieku, z młodą otwartą duszą. Od początku poczuliśmy do niego ogromną sympatię. Co prawda odmówił miski zupy p.Czesi, ale nie wiedział, co uczynił. Gdyby wiedział, to by nie odmówił. 
Jego historia jest bardzo interesująca. Mieszka w Anglii. Przeniósł się tam będąc po czterdziestce. Z dnia na dzień. Podjął taką decyzję z powodów, powiedzmy, "sercowych". Z wykształcenia jest weterynarzem. W pracy zawodowej zajmował "górne " stanowiska. Zdecydował się na wyjazd na Wyspy i zaczął od pracy ....na szmacie. Bez kompleksów, bez obrazy. Chciał zmienić coś w swoim życiu. Miał dość egzystencji w stylu korpo. Po jakimś czasie zrobił kurs na pielęgniarza. Był jedynym Polakiem, który w tym szpitalu odważył się na taki krok. Wśród kolegów od szmaty byli ludzie wykształceni, mogący spokojnie zejść z mopa, ale nie mieli odwagi. Nasz Gość mówi, że jest to dosyć charakterystyczne dla Polaków. Mają kompleksy językowe i mało odwagi do zmiany swojej sytuacji. Inne nacje nie mają z tym problemu. Jego awans dla wielu wydałby się drogą na dół drabiny społecznej. A on jest szczęśliwy. Kocha swoją pracę. Uwielbia być wśród ludzi, nawet, jeżeli wykonuje czynności niezbyt atrakcyjne z jego dawnego punktu widzenia. Z wieloma osobami zżył się. Kilkoro odprowadzał w ich ostatniej drodze.
Tu też opowiedział nam o innym podejściu do śmierci w Anglii. Śmierć nie jest takim tabu, jak w Polsce. W trudnych przypadkach leczniczych ludzie są poinformowani, że mogą zgłosić zastrzeżenie, żeby nie przedłużać im życia za wszelką cenę. Żeby nie podejmować resuscytacji w beznadziejnych sytuacjach, tylko po to, żeby przedłużyć cierpienie bez nadziei na wyleczenie. Tłumaczy im się, co i jak.
Pogrzeby też mają charakter bardziej spotkania wspominkowego niż wyłącznie płaczu i cierpienia. Oczywiście ludzie opłakują tych, co odeszli, ale jednocześnie wspominają różne sytuacje z życia zmarłych i często w kaplicach rozbrzmiewa śmiech. Jeżeli jest coś zabawnego, to czemu nie pośmiać się.
Dla mnie, osoby żegnającej zmarłych "na sposób polski" brzmi to nieswojo, ale potrafię sobie wyobrazić inne podejście do tej kwestii.
Bardzo nam się podoba takie podejście do życia, jakie przedstawił nam nasz Gość. Nie pędzimy po lepszy samochód i większy dom. Pędzimy tam, gdzie odnajdujemy siebie. Tak jak my z Papasem w naszym hostelu. I czekamy tu na kolejne opowieści ludzi zadowolonych z życia, po prostu szczęśliwych.




niedziela, 11 października 2015

Żony szejka





Trudno jest wybrać temat na bloga. Wiele sytuacji zadziwia nas albo bawi albo wkurza. Ostatnio znowu mieliśmy zadumę nad losem ludzi z Ukrainy. Często się u nas pojawiają. Wielu pomieszkuje w hostelu szukając pracy. Ostatnio jeden młody Ukrainiec rozglądał się za zatrudnieniem, ale zamarzyło mu się zarobić 10zł za godzinę. Nie było łatwo. Za 5zł można pracę dostać bez problemu, ale daje to tylko 800-880 zł miesięcznie. Bajkowa wypłata :( Ostatecznie udało mu się. Chce pobyć w Polsce krótko i udać się dalej na Zachód. Na pewno nie wraca do swojego kraju. Boi się, że będzie powołany do armii. Jego kolega też był wezwany i już nie wróci...... Nie jest to pierwszy Ukrainiec, który zwiewając z kraju przed wojskiem zatrzymał się w Hostelu Mamas&Papas. Powoływani są przede wszystkim chłopcy z zachodniej części kraju i wcale nie kwapią się, żeby ginąć za wschód. Mówią, że na początku było widać jakąś ideę, troskę o żołnierzy. Teraz jest mega pijaństwo, szwindle i ogólna degrengolada. Każdy ma kolegę w wojsku i doskonale orientuje się, że nie warto ginąć młodo. Uciekają i nie zamierzają wracać.

Zupełnie inne problemy miał inny Gość. Polak, który przebywał w hostelu służbowo. Jego praca polegała na wożeniu kilku pań z Kuwejtu. Jakieś żony czy siostry arabskiego szejka postanowiły odwiedzić Polskę. Mieszkały w Hiltonie, a pan kierowca w naszym hostelu. Pan nigdy nie wiedział, czy i kiedy będzie wezwany do pracy. Pewnego dnia nie zadzwoniły wcale, a nasz Gość rozpaczał, że mógł pójść na grzyby, a tak dzień miał zmarnowany. Tak jak ludzie z Ukrainy nie ma lekko. Ciągle w drodze i tęskniąc do synka, ale tylko ta praca zapewnia mu lepsze pieniądze. Walka o byt często jest przyczyną podróżowania i tacy podróżnicy często goszczą w Hostelu Mamas&Papas.




niedziela, 16 sierpnia 2015

Never ending taxi story



Nasi Goście wciąż potrafią obudzić w nas zdziwienie. Np. Chińczyk mówiący bardzo dobrze po polsku, który postanowił zostać przewodnikiem w Polsce.




Ostatnio gościliśmy też fajną Rosjankę, która mieszka na co dzień w Argentynie wraz z gwatemalskim mężem. Przyjechała do nas z Moskwy. Dokładniej leciała z Moskwy do Warszawy. Stamtąd autobusem do Gdańska. Przybyła wieczorem. Posiedziała z nami na recepcji i około północy poszła spać, bo musiała wstać po drugiej, żeby zdążyć na autobus do... Warszawy. A z Warszawy miała lecieć do Kijowa. Do Gdańska wpadła na chwilkę, żeby dostarczyć dwa rodowodowe szczeniaczki. Tempo oszałamiające.
Z kolei przeciwieństwem były dwie niesamowicie wyluzowane  Estonki. Rewelacyjne babki. Zajechały do hostelu z fasonem wozem transmisyjnym Telewizji Polskiej. Miały kobiety farta. Jechały autostopem i złapały od razu u siebie dwa tiry jadące z Estonii do Polski. Jedna miał miejscówkę w jednym, druga w drugim i dojechały na jeden raz od razu w okolice Warszawy. Tam zlitowali się ludzie z telewizji i podwieźli je pod sam hostel
Dziewczyny wciąż się śmiały i tak, jak niedawno opisywane Finki, każde niepowodzenie kwitowały śmiechem. Między innymi trzy noce z rzędu wracały autobusem nocnym. Za każdym razem dojeżdżały nie tak, jak chciały. Wysiadały na niewłaściwym przystanku, a i tak nic nie psuło im dobrego humoru. Przeciętny człowiek wkurza się, jeżeli ciemną nocą błądzi w obcym terenie. Ale nie nasze szalone Estonki. One miały z tego bekę i dystans do własnej gapowatości.

Odwiedza nas szalony piesek z sąsiedztwa. Jest maniakiem aportowania. Może biegać za patykiem bez końca. Kiedyś jeden z naszych Gości postanowił przetestować możliwości pieska, ale po dwóch godzinach rzucania skapitulował - Gość, nie piesek. Ostatnio piesio nie mógł znaleźć niczego stosownego do rzucania, więc przyniósł coś ...- zresztą zobaczcie sobie na zdjęciu.



I znowu mały kamyczek do ogródka "taxi never ending story".
Taksówkarz znowu orżnął naszych Gości. Jechali z Sopotu. Byli bardzo czujni, bo już słyszeli o naszych dzielnych polskich taksiarzach. Przez połowę drogi byli czujni. Nie zauważyli jednak, kiedy z 25 zł na liczniku zrobiło się 150. Musiał kierowca cwaniaczek przestawić licznik na czwartą taryfę po tym, jak zorientował się, że klienci nie kapną się w szwindlu. Szkoda, że zapłacili zamiast zawołać mnie i Papasa. Jesteśmy już wprawieni w walce mafią taksówkową i często wygrywamy. Nie jest nawet trudno przekonać ich, że kraść trzeba w sposób bardziej inteligentny. Jest trochę nerwów, ale trzeba walczyć z chamstwem i pazernością.

Desant austriacko-serbski

W ogrodzie życie kwitnie

Fajni Polacy

niedziela, 5 lipca 2015

Kierunek Osowa

Znowu nie wiem, o czym Wam opowiedzieć. Upał nie tylko na zewnątrz, również w hostelu gorąco od wydarzeń.

Zdarzył się pierwszy przypadek kradzieży. Co prawda na szczęście nie w hostelu, został okradziony pewien Szwed. Adam był na początku wakacyjnych wojaży. Przypłynął promem do Gdyni i po 2 dniach przyjechał do Gdańska na dworzec. Tam pomylił kierunki i zamiast do nas pojechał autobusem aż do Osowy. Stamtąd z pętli udał się do kolejnej pętli autobusowej czyli w okolice Hostelu Mamas&Papas. Gdy chciał zapłacić za pobyt, zorientował się, że nie ma portfela. Przewalił kilka razy wszystkie swoje rzeczy i nic. Przykro było patrzeć na te nerwowe, pełne nadziei próby odnalezienia zguby. Na szczęście paszport miał w innym miejscu i ten się uratował. Powiedziałam Adamowi, żeby już nie szukał n-ty raz, tylko niech dzwoni do banku zastrzec karty. Zrobił to, ale niestety bank po kilku minutach oddzwonił, że wszystko ma wyczyszczone. Kilka tysięcy euro. Nie mam pojęcia, jakich metod używają złodzieje, że są w stanie w mgnieniu oka wyczyścić kartę nie posiadając przy tym PINu. Adam jest przekonany, że został okradziony w czasie jazdy autobusem. Był duży tłok i spędził w pojeździe w sumie sporo czasu. Najpierw dworzec-Osowa, potem Osowa-Gościnna. Prawie dwie godziny. Pozostał mu Western Union i załatwienie kasy na powrót. Z dalszych wojaży oczywiście zrezygnował. Chciał już tylko jakoś dostać się do Szwecji. Zaoferowaliśmy mu spanie i jedzenie za darmo, ale nastrój i tak miał strasznie zdołowany. Nie dziwimy się. Do Polski już na pewno nie przyjedzie.
Inni delikwenci też mieli przygodę z Osową w tle. Jak przylecieli do Gdańska, to ogłoszony został alarm bombowy i nie wypuścili ich z lotniska. Jak już po dłuższym czasie udało im się wydostać, to tak szybko chcieli opuścić to miejsce, że wsiedli do pierwszego napotkanego autobusu. Ten jechał do ..... Osowy. A dzień wcześniej pisaliśmy im w mailu, że mają jechać w kierunku GOŚCINNA. Przyjechali do hostelu zmęczeni i lekko wkurzeniu. Ale ich przynajmniej nie okradli w trakcie autobusowych wycieczek.
Za to większość Gości jest wciąż okradana przez taksówkarzy. Nie mamy już siły walczyć. Niektórzy płacą potulnie, inni przybiegaja na recepcję z prośbą o ratunek. Kiedyś 5 Finek jechało z lotniska dwoma taksówkami. Pierwsza taxi kosztowała 80zł, druga 185. Jechały jedna za drugą tą samą trasą. Udało nam się wykłócić z taksówkarzem i Panie z drugiej taksówki zapłaciły ostatecznie tyle, co w pierwszej.
Ostatnio w nocy zwróciły moją uwagę straszne wrzaski na ulicy. Po chwili zorientowałam się, że krzyczą po angielsku, a więc prawdopodobnie jest akcja z naszym Gościem. Zbiegłam z góry i moim oczom ukazał się widok wściekłego Szweda i zblazowanego taksówkarza. Pan nie mówił po angielsku i nie chciał zrozumieć pretensji naszego Gościa. Okazało się, że Szwed jechał z Open'era i przy wejściu uzgodnili cenę na 100zł. W momencie płacenia taksówkarz zażyczył sobie 200zł. Szwedowi gul skoczył, bo rozumie, że może być ciut więcej na liczniku, ale żeby dwa razy tyle?! Zaczęłam negocjacje i wyjaśnienia. Pan wytłumaczył, że on jest z Gdyni i nie zna Gdańska. I on nie wiedział, że to będzie dalej niż do dworca. Skoro dalej, to jest drożej. Zabiłam kolesia śmiechem. Od dworca do nas jest 3-4 kilometry i nie może to kosztować stówy. I skoro nie wie dokąd jedzie, to na jakiej podstawie ustala cenę? Pan nie miał sobie nic do zarzucenia i prosił, żeby przekazać Szwedowi, że jest uczciwy i nie naciąga. Bardzo mnie wzruszył swoją uczciwością!

Żale odkładamy na bok. Papas znowu umieścił nową flagę. Kolejne miejsce to Wyspy Dziewicze. Przyjechał stamtąd Dylan, Który na zdjęciu poniżej (w środku) zajada kotleta od p.Czesi w towarzystwie Australijczyka i Szweda.


Byli u nas Koreańczycy - mama i syn. W zasadzie prawie nie ruszali się z hostelu. Podróżują od roku, a mama całe dni spędzała na gotowaniu dla synka.

Jeszcze gratka dla kociarzy. Ada przytargała małego kotka, który z miejsca podbił serca wszystkich obecnych.






Jeszcze zobaczcie, jakie światowe książki podróżniczki bywają w Hostelu Mamas&Papas.


niedziela, 10 maja 2015

Cigarette story


Chinka nad miską polskiej zupy

Dzisiejszy wpis rozpocznę od naszej fascynującej "cigarette story". Czarna passa trwa i zaczynamy już zabawiać się obstawiając - będą palić w pokoju czy nie. Kolejny mistrz był oczywiście Polakiem, ale z dumą muszę ogłosić, że do buraczanego grona dołączył obywatel Rosji. Po raz pierwszy Gość z tego kraju popełnił palenie w pokoju. Można więc rzec, że jest to postać o dużym znaczeniu historycznym. Zwłaszcza, że mieszkał w pokoju na parterze i do drzwi na zewnątrz miał 10 kroków (policzyłam). Zawsze to miło, że "cigarette story" rozwija się w kierunku międzynarodowym i nie zawiera wyłącznie polskich akcentów.
Miłym polskim akcentem odznaczyła się grupa sześciu dziewcząt. Grupa jak najbardziej międzynarodowa (Włochy, Meksyk, Węgry) porozumiewała się między sobą przepiękną polszczyzną. Dziewczyny są w Polsce od ośmiu miesięcy i mówią naprawdę fantastycznie. Dziwnie się czułam słysząc jak rozmawiając ze sobą po polsku, analizowały polski język posługując się określeniami typu - dopełniacz czy biernik, rodzaj niemęskoosobowy, czas przeszły dokonany itd itp. Już zapomniałam, że istnieją takie określenia (no, może poza dopełniaczem i biernikiem).
Dziewczyny były naprawdę wyluzowane. Przyjechały późnym wieczorem i mimo, że są z ciepłych krajów i wieczór był bardzo rześki, zasiadły w ogródku i piły palinkę z gwinta. Zapas palinki był w ilości absolutnie bezpiecznej. Dziewczyny zachowywały się bardzo kulturalnie i budziły powszechną sympatię.
Hiszpan, który do nich dołączył, tak się "zaczarował", że próbował koniecznie pójść spać do nie swojego pokoju. Mieszkał w domku, ale atakował pokój przy recepcji. Chciałam go jakoś przekonać, że to nie tu. On twardo twierdził, że Papas mówił, że tu jest jego miejsce i koniec. Byłam pewna swego, ale on swego był bardziej pewny. Zobaczcie, jak grupa pięknych dziewcząt potrafi zakręcić chłopaka.
Miałam nie chwalić Polaków, ale teraz muszę. Późnym wieczorem dwójka naszych rodaków przywiozła do hostelu parę amerykańsko-holenderską. Byli to autostopowicze jadący z Berlina. Samochód Polaków byli trzecim pojazdem na ich trasie i jechał do Rumi. Przemili młodzi Polacy najpierw poszukali taniego noclegu, a potem zdecydowali się podwieźć obcokrajowców aż do Hostelu Mamas&Papas. A było już bardzo późno i ponad 40 dodatkowych kilometrów w jedną stronę. Fajnie, że są tacy ludzie. Obcokrajowcy wyruszyli już dalej. Tanie podróżowanie, czyli autostop i tanie spanie w hostelach i świat stoi przed nimi otworem.

Sojusz amerykańsko-holenderski

Wiadomość z ostatniej chwili. Odpaliliśmy grilla. Pogoda, niestety, próbowała nas przepędzić, ale nie dała rady. Grono było bardzo kameralne, ale dało radę otworzyć sezon grillowy.







niedziela, 5 kwietnia 2015

Workaway kontynuacja

Dzisiaj wyjechał z hostelu nasz kolejny workaway'er - Wataru z Japonii. Przez ostatnie dwa i pół roku przewinęło się w ramach programu około 16 osób z 13 krajów (Anglia, Niemcy, Tajwan, USA, Słowacja, Chiny, Ukraina, Hiszpania, Francja, Japonia, Polska, Rosja, Białoruś) z 3 kontynentów. (http://hostelik.blogspot.com/2012/10/porady-praktyczne-workaway.html)
 
Wataru wyjechał. Został tylko wachlarz.
 Byli bardzo różni. Zawsze przed przyjazdem workaway'a mamy stresik, kto to będzie? I trafia się różnie. Jakiś czas temu mieliśmy czarną serię i na jakiś czas odechciało się nam pomocników. Ta seria zaczęła się od dziewczyny, którą trochę skrytykowałam, bo.... nie była tak dobra jak Mike (http://hostelik.blogspot.com/2013/04/mike.html). Papas filozoficznie stwierdził, że nie powinnam narzekać, bo może trafić się ktoś gorszy. W sumie mieliśmy słabszego pomocnika, więc miał trochę racji, ale z drugiej strony miałam po prostu zastrzeżenia i już. Jak zwykle okazało się, że Papas miał rację. Następny workaway'er był tak "cienki", że z rozrzewnieniem wspominałam osobę przeze mnie skrytykowaną. Poszłam do Papasa pomarudzić, a on znowu filozoficznie stwierdził, że nie powinnam narzekać, bo może trafić się ktoś gorszy. No, bez przesady!!! I ... kolejny był gorszy...... Prawdziwa czarna seria! Idea workaway sięgnęła bruku! Tak wtedy sądziłam. Bo kolejna panna była tak leniwa, nieporadna i nieodpowiedzialna, że słów brakuje. Na dodatek brud nie robił na niej najmniejszego wrażenia.
 
Jedni byli odpowiedzialni i pracowici. Nie musiałam ich kontrolować i bez stresu zostawiałam ich w hostelu. Byli też tacy, którzy zamiast pracować umówioną ilość godzin, chodzili w międzyczasie pospać albo poczytać albo film pooglądać. Nigdy nie było im wiadomo, czy jestem w hostelu czy nie, więc urozmaicali sobie pracę drzemką czy inną przyjemnością. Byli tacy, którzy nie wiedzieli, że w łazienkach sprząta się wszystko - toaletę również. Albo przy zamiataniu należy pociągnąć szczotką również za drzwiami czy w innych zakamarkach. Ze zdumiewającą konsekwencją omiatali tylko środek. Mieliśmy też alkoholika spożywającego minimum 10 butelek piwa dziennie. Albo kolesia, który zamiast zabrać się za obowiązki ciągle wysiadywał na skype i trzeba było go za fraki wygarniać do pracy. Itp. Itd.
Mieliśmy też przypadki, kiedy pomocnicy nie stawili się w ogóle do pracy (oczywiście po imprezach alkoholowych) albo tak dawali w szyję z naszymi Gośćmi, że nie byli zdolni dojść do łóżka.
 
Nie chcę jednak, żeby wyszło, że workaway'e to degrengolada i upadek :)
Mieliśmy też sporo bardzo sumiennych i przy tym przesympatycznych osób. Zresztą nawet ci niezbyt ogarnięci w pracy, poza nią byli bardzo fajni. Lubiliśmy razem posiedzieć i pogadać (najlepiej nad miską żurku p.Czesi). Dwie osoby z tej szesnastki były zdecydowanie negatywnym wspomnieniem (to z tej czarnej serii), a poznanie pozostałych to w ostatecznym rozrachunku było pozytywnym doświadczeniem.
Ostatnio los nam sprzyja i gościliśmy ludzi, którzy byli na ogół w porządku. Wataru był bardzo solidny i na pewno jest w ścisłej czołówce naszych workaway'ów. Muszę tu wspomnieć o daniu p.Czesi. Wataru jadł potrawę, która w założeniu była "chińszczyzną". Powiedział, że smakuje tak, jak danie japońskie, które jada w swoim kraju. Okazuje się, że p.Czesia jest mistrzynią nie tylko polskiej kuchni. Jest po prostu "the best"!!!! 
 
Japońskie cudo
Grant i Wataru nad miską zupy p.Czesi


Turecki desant


Łotysze bywają w naszym hostelu bardzo rzadko

niedziela, 29 marca 2015

W marcu też może być wesoło

Papas znowu uradowany. W krótkim czasie pojawiła się na naszej mapie nowa flaga. Po raz pierwszy gościliśmy mieszkańca Gruzji. Mirian wygrał stypendium i studiował w Krakowie na Akademii Muzycznej. Teraz rozpoczął studia doktoranckie. Bardzo zdolny i przesympatyczny młody człowiek. Świetnie mówi po polsku. Żałujemy, że był u nas tak krótko i nie zdążyliśmy pogadać o Gruzji.
Mirian był bardzo zajęty, bo przyjechał do Gdańska na konkurs. Nie do końca zrozumiałam formułę, ale z grubsza polegało to na tym, że dyrygenci dyrygowali chórami i na koniec wybrano najlepszego. Nie muszę chyba mówić, że "nasz" Mirian wygrał. Wiadomo! Hostel Mamas&Papas  nie dość, że jest najlepszy, to przyciąga najlepszych :)
Po raz kolejny przekonaliśmy się, że świat jest mały. Okazało się, że właśnie w tym wydarzeniu uczestniczy nasza Monia. I jakby było mało, wśród naszych Gości była grupa z Akademii Muzycznej w Łodzi, którzy też przyjechała do Gdańska na tą właśnie imprezę. Nasz hostel miał naprawdę silną reprezentację.


Nie wiem, czy nie powinnam rozpocząć tego posta od informacji, że przyjechał do nas Grant. Ten sam, który spędził u nas sporo czasu w ubiegłym roku. Ostatnio pisałam o nim we wrześniu (http://hostelik.blogspot.com/2014/09/trzy-chinki.html) i szczerze mówiąc nie miałam wielkiej wiary, że się jeszcze zobaczymy. A tu niespodzianka! Grant dalej walczy z językiem polskim i muszę przyznać z podziwem, że nieźle sobie radzi. Planuje zamieszkać w Polsce i zająć się nauczaniem języka angielskiego. Nie ma specjalnych preferencji co do miejsca. Może macie jakieś oferty dla niego? Bardzo fajny człowiek!


Ostatni tydzień nie wyglądał jak tydzień marcowy. Goście dopisali niemal jak latem. Papas miał okazję cieszyć się pobytem dziewczyn z Chin. Nie zabrakło też innych nacji: Japonia, Australia, Niemcy, Czechy, Hiszpania, Anglia, Kanada, Finlandia i Polska z Gruzją oczywiście. Wesoło było! Bardzo wesoło :)








Kolejny akcent muzyczny w naszym hostelu. Naszym Gościem był David Blair. Miał koncert w jednym z gdańskich klubów. Nasza kolekcja powiększyła się o kolejną płytę, której autor mieszkał u nas. David jest Kanadyjczykiem i nie mamy wątpliwości, że niebawem będzie równie znany jak jego rodak Bryan Adams, który koncertował w tym samym czasie w Gdańsku.