Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ban Gnik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ban Gnik. Pokaż wszystkie posty

środa, 7 lutego 2018

Wędrówki dalsze i bliższe (wpis 34.)



Miejsce, w którym zatrzymaliśmy się oficjalnie należy do Ban Gnik. W rzeczywistości jest to miejscówka w środku lasu oddalona od "swojej" wioski ponad 5 kilometrów. Nie wiele można robić siedząc w środku lasu. Tzn. dla niektórych nie jest problemem nicnierobienie, ale Papas do nich się nie zalicza. Postanowił udać się do macierzystej wioski celem dokonania oględzin. Miałam wielką ochotę zabrać się z nim, ale miałam takie zakwasy po poprzednim dniu, że odpuściłam. Nie byłam pewna, czy dam radę maszerować w dwie strony ponad 10 kilometrów. Marsz w upale i niewyobrażalnym kurzu nie należy do łatwych.

Papas wyruszył sam. Młodzież też miała inne plany.

Okazało się, że byłam w błędzie. Papas po powrocie opowiadał, że nie nachodził się za bardzo, bo kierowcy aut sami się zatrzymywali, żeby go podwieźć. Na pewno zadziałał tu ogromny urok osobisty Papasa, ale również wielka życzliwość tutejszych ludzi. Nie machał, aby zatrzymać auto, ani razu.
W jeden z podwożących aut był Taj, który przepiękną polszczyzną umiał powiedzieć "dzień dobry" i "do widzenia". Pracował kiedyś z Polakami (bodaj w Iraku) i te słowa zapamiętał.
W wiosce dominującym widokiem były dzieciaki i kawa. Papas zrobił dużo zdjęć. Widać, jaka tu bieda. Typowa laotańska wioska. Popatrzcie, jak żyją tutaj ludzie, zanim zaczniecie narzekać na swoje życie. Przy tym są uśmiechnięci i serdeczni.









































Papas nie zmęczył się za bardzo i po jego powrocie (zawstydzeni nieróbstwem) wybraliśmy się do innej wioseczki, która jest położona przy plantacji kawy. Bliziutko było :)










Z atrakcji pozostały nam do obejrzenia wodospady. Nie ukrywam, że wyprawa do pierwszego wczoraj, mocno nadużyła moją kondycję. Na dodatek nasz bungalow jest położony bardzo wysoko i każde wyjście na posiłek czy w jakiejkolwiek sprawie, jest dla mnie mega wyzwaniem. Ale nie mam wyjścia :) Jeść się chce i ciągle łażę góra dół, dół góra i już mam tego dość :) Dobrze, że to nie jest pisane mi na zawsze :)

wtorek, 6 lutego 2018

Polak Węgier dwa bratanki (wpis 33.)



Dwa dni w Paksong w zupełności wystarczyły. Tak jak ustaliliśmy poprzedniego dnia, postanowiliśmy pojechać w kierunku przeciwnym niż Wietnam. Wizy wciąż nie przychodzą.
Po wieczornym znakomitym doświadczeniu z zupą, postanowiliśmy zjeść takąż zupę na śniadanie. Ponieważ nie mieliśmy żadnych skutków zdrowotnych spożywania w tak mało higienicznym miejscu, rano staraliśmy się nie widzieć dużych niedociągnięć w czystości i zjedliśmy zupkę. Nasza  luksusowa restauracja była totalnie w przeciwnym kierunku i nie chciało nam się zasuwać 4,5 kilometra dodatkowo.




Nie bardzo wiedzieliśmy jak się zabrać za kwestię transportu, postanowiliśmy więc (za radą naszych amerykańskich znajomych) udać się na rogatki miasta i tam łapać autobus. W Paksong nie ma dworca autobusowego i właśnie w taki sposób ludzie zaczynają podróż.
Szło się nam całkiem wygodnie. Postanowiliśmy iść na pieszo w kierunku Ban Gnik. To tylko 15 kilometrów. Liczyliśmy, że złapiemy stopa, a najgorszym przypadku da się dojść z buta.
Idąc, ostatni raz pogapiliśmy się na Paksong.













Po krótkim marszu zatrzymaliśmy jakiś autobus. Chcieli po 20 000 kipów od głowy. Na dodatek nie byliśmy pewni, czy rozumieją, dokąd zmierzamy. Podziękowaliśmy.



W sumie po dwóch kilometrach marszu zatrzymaliśmy stopa. Bardzo mili ludzie zgodzili się nas podwieźć. Pan mówił trochę po angielsku. Kiedy już jechaliśmy, zapytał, czy mówimy po... rosyjsku albo bułgarsku. Przeszedł z angielskiego na rosyjski. Opowiedział, że studiował 5 lat na .....Węgrzech i stąd zna rosyjski. Dziwne, ale prawdziwe :)





Szybciutko podwieźli nas do celu, mijając po drodze wszystkich, którzy się nie zatrzymali na nasze machanie, (autobus po 20 000 kipów też).  Prawie do celu. Wypiliśmy kawkę w budzie na rozwidleniu dróg i musieliśmy przejść jeszcze jeden kilometr boczną dróżką. Byliśmy na miejscu.



Pięknie trafiliśmy. Hotel położony na skraju obszaru chronionego dżungli. Mówią, że żyją tam tygrysy, małpy, słonie. 5 minut do pięknego wodospadu. Sam obiekt w bardzo dobrym standardzie. Czyściutko, wygodnie i bez wszechobecnego kurzu. Podoba się nam. Postanowiliśmy zrelaksować się troszkę w tym pięknym, zielonym i spokojnym miejscu. Na dodatek temperatury nadal są przyjazne. Maksymalnie 24 stopnie. Wieczorem i nocy trochę chłodno - nawet 10 stopni, ale mamy swetry i jest ok.

Tuż obok jest fajny wodospad, jeden z wielu w okolicy. Tylko zejście i wejście były skrajnie męczące.












Po trudach wspinaczki udaliśmy się do pobliskiej restauracji na posiłek regeneracyjny. Wszyscy, poza mną oczywiście, trafili na super żarcie. A jak kelnerka niosła michę Papasa, wszyscy zamilkli i patrzyli z zachwytem. A moja micha była żałosna :( Nietrudno zgadnąć, na której fotografii jest moje kulinarne dzieło :(





W momencie, kiedy wjeżdżała micha Papasa, zamilkli również panowie przy sąsiednim stoliku, którzy byli dotąd bardzo głośni. Mówili w dziwnym języku. Piotr filozoficznie stwierdził, że jeżeli jakiś język brzmi dziwnie, to musi być węgierski. Papas oczywiście niezwłocznie zaprzyjaźnił się z towarzystwem. Rzeczywiście byli to Węgrzy. Jeden z nich obchodził urodziny. Zaprosili nas na toast. Później Papas zaniósł im prezent i przyjaźń była już tak mocna, jak tylko może być między Polakami i Węgrami. Wiadomo: Polak Węgier dwa bratanki :)