Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tak. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Mamas&Papas jadą do Sukhothai (wpis 11.)



Po krótkim pobycie w Tak zdecydowaliśmy przemieścić się do Sukhothai. Nasz główny kierunek to teraz południe. Musimy zdążyć na piątek do Bangkoku, żeby spotkać Adę i Piotra. Mamy jednak jeszcze parę dni i uznaliśmy, że możemy zamiast na południe odbić na wschód. Wyrobimy się na czas.
Po śniadanku u "naszego Araba" postanowiliśmy złapać tuktuka i pojechać na dworzec autobusowy. O ile w poprzednie dni ciągle nas tuktukowcy nagabywali, o tyle teraz, kiedy potrzebowaliśmy pojazdu, nic nie jechało. Rozsiedliśmy się na krawężniku i czekamy. I nic. Do dworca ponad dwa kilometry. Upał, plecaki i wygląda na to, że trzeba będzie pójść z buta.

Czekamy na zbawienie czyli na tuktuka

Droga na dworzec

Poszliśmy za GPS. Nawet nieźle prowadził do momentu, kiedy kazał nam przejść przez drogę szybkiego ruchu (po pięć pasów w każdą stronę). Rozejrzeliśmy się i w zasięgu wzroku żadnych świateł czy chociażby przejścia dla pieszych. Ale zaraz za tym miejscem miał być dworzec, więc przebiegliśmy tę drogę. Niebo nam się uchyliło, bo przez moment NIC nie jechało. Potem GPS poprowadził nas jakąś polną drogą - z psami oczywiście. Trochę zwątpiliśmy, ale zaufaliśmy maszynie i za chwilę dworzec ukazał się naszym oczom.
Kupiliśmy bilety do Sukhothai, ale Pani w kasie uprzedziła, że bus ruszy dopiero, jak uzbiera się komplet. No cóż, czekamy :)



Potem było już tylko jeszcze śmieszniej. Kierowca poczekał na komplet, ale przestrzeń bagażnika wykorzystał na dodatkowe siedzenia. W małym, ciasnym busie komplet pasażerów i wszyscy z jakimiś tobołami. My siedzieliśmy w pierwszym rzędzie i tutaj było główne bagażowisko. Miejsc na nogi brak. Papas zzuł obuwie i wyciągnął swoje szlachetne kończyny do góry, mniej więcej obok ucha kierowcy. Na szczęście podróż trwała niewiele ponad godzinę, więc daliśmy radę.





W Sukhothai wynajęliśmy pokój w hostelu tuż obok dworca autobusowego. Szybciutko, bez błądzenia zameldowaliśmy się na miejscu.
Hostel bardzo nam się podoba. Zwłaszcza cena. Czterdzieści parę złotych za pokój z łazienką, klimatyzacją, lodówką, w fajnej lokalizacji. Zamierzamy zostać tu 3 dni.


Sukhothai dzieli się na nowe miasto i stare. My mieszkamy bliżej nowego i do starego trzeba jechać około 20 minut. Wybraliśmy się niezwłocznie. Zaraz dopadli nas miejscowi przedsiębiorcy transportowi. Jedna Pani próbowała nas namówić na przejazd do starego Sutkhothai za jedyne 300 Bath od osoby. Mówiła, że to super szybki przejazd bez żadnych przystanków. Podziękowaliśmy grzecznie i za minutę siedzieliśmy w pojeździe, w którym skasowano nas po... 30 Bath. I też jechał bez przystanków.



Na obiad zamówiliśmy ryby. Moja była obłędna i jej smak miał dla mnie wartość sentymentalną. Pamiętam mój pierwszy w życiu azjatycki posiłek. Rzecz się działa w Polsce, a dokładniej w Sopocie. Byłam w knajpie wietnamskiej, gdzie kucharzem był Azjata. Ryba, którą wtedy zjadłam powaliła mnie. Wróciłam tam jeszcze parę razy, ale któregoś dnia odbiłam się od drzwi. Restauracja została zamknięta na zawsze. W latach dziewięćdziesiątych nie było to dziwne, a mi pozostała tęsknota do tego smaku. Szukałam go wiele lat i w wielu miejscach. I znalazłam coś bardzo podobnego w Sukhothai!!!



Połaziliśmy po mieście. Pogapiliśmy się tu i ówdzie. Jednym z ciekawszych widoków było karmienie ryb przez turystów. Wrzucali jakąś karmę do wody i momentalnie pojawiało się kłębowisko ryb.




W miejscu, w którym aktualnie przebywamy Papas ma nowego kociego przyjaciela. Przybiegł do Papasa jak do ziomka i od razu zaczął się łasić, ocierać. Popatrzcie, urok Papasa jest nieogarnięty :)




























niedziela, 14 stycznia 2018

Mamas&Papas i psy (wpis 10.)

Nasz pobyt w Azji w dużej części kręci się wokół polowania na miejsca, w których można się posilić. Nie dlatego, że nie ma tu, gdzie zjeść. Przeciwnie! Na ogół gary są co krok. My jednak zawsze długo zastanawiamy się wśród obfitości, kombinując, żeby wybrać najlepsze z najlepszych.
Po pierwszej nocy w Tak wyruszyliśmy z rana na poszukiwanie śniadaniowni i stał się cud! Od razu po wyjściu na ulicę natknęliśmy się na garkuchnię muzułmańską, gdzie wypatrzyliśmy wyglądającą apetycznie zupkę. Zasiedliśmy więc do śniadania bez uprzedniego ganiania. Przy okazji naszła nas refleksja. W czasie poprzednich pobytów w Azji nie mogliśmy się nadziwić, jak to tubylcy rozpoczynają dzień od gorącej zupy. Nie do pomyślenia!!! A teraz sami nie pamiętamy, kiedy zaczęliśmy jeść zupy na śniadanie.I bardzo nam to odpowiada :)
Jedząc śniadanie "u Araba" obserwowaliśmy ludzi z tej lokalnej społeczności. Chciałam zrobić zdjęcia, ale nie bardzo wypadało. Robiłam więc fotki Papasowi nad miską, a muzułmańskie dziewczyny były drugim planem.





Wybraliśmy się na spacer po mieście. Bez celu, bez planów. Tego dnia był tajski Dzień Dziecka. Było to widać na mieście. Wygląda na to, że tutaj jest to ważne święto :)
My mieliśmy swoją przygodę z dzieciakami. Podczas spaceru usłyszeliśmy za sobą "hello". Wołały do nas dziewczynka i chłopiec. Odkrzyknęliśmy "hello", pomachaliśmy do nich. W sekundę nas dogoniły. Chłopczyk był odważniejszy i zagadał "where are you from?". Odpowiedzieliśmy zgodnie z prawdą, że jesteśmy z Polski. Po minie chłopca był widać, że nie mówi mu to nic a nic :) Zapadła cisza, którą przerwałam zapytaniem "what's your name?". Odpowiedział i on i dziewczynka, ale juz po sekundzie nie byliśmy w stanie powtórzyć :D Potem chłopiec zapytał mnie "my name is you?". Rozczuliło mnie, jak fajnie kombinował. Nie znał poprawnej formy, ale brnął do przodu! Super! Myślę, że wyrośnie na człowieka z otwartym umysłem. Dziewczynka była tak speszona, że nic z siebie nie była w stanie wydusić. Przeszli z nami kilkanaście metrów i nagle czmychnęli. Fajne dzieciaki :)


Porzuceni przez dzieciaki, kontynuowaliśmy wędrówkę Weszliśmy w rejony z taką biedą, że przestaliśmy robić zdjęcia. Wydało nam się to niestosowne. Bieda tu jednak nie zabija w ludziach serdeczności. Prawie wszyscy nas pozdrawiali, witali, a przynajmniej uśmiechali się. To było bardzo miłe. W pewnym momencie poczułam, że boli mnie twarz od ciągłego uśmiechania. Zaskakujące uczucie. Niesamowite przeżycie. Nie doświadczyłam jeszcze aż takiego nagromadzenia serdeczności.

Inna fajna rzecz - kwiaty. Niby zima, a ciągle je spotykamy.




Dużo tu wałęsających się, głośnych psów. Trochę czasami się boję i nawet wymuszam na Papasie zmianę trasy. Zaczynam coraz bardziej szanować koty. Przynajmniej nie są agresywne.




Na obiad trafiliśmy w miejsce, gdzie angielski był na poziomie zero. Wybraliśmy więc z menu po tajsku coś "na chybił trafił". Nie był to sukces. Papas mówił, że jego było bardzo przeciętne. A moje danie to bardzo tłusty omlet położony na górze ryżu. Za to rosołek był cacy. Czujemy się trochę jak podczas ubiegłorocznego pobytu w Chinach. Nie ma się jak dogadać, a maszyna losująca potrawy do zamówienia nie zawsze jest łaskawa :)


Po niezbyt satysfakcjonującym obiedzie i nauczeni doświadczeniem poprzedniego dnia, wyszliśmy na kolację godzinę wcześniej. Postanowiliśmy nie dać się załatwić przez lokalne obyczaje i zjeść, zanim się pozamykają wszystkie garkuchnie i restauracje. Poszliśmy w przeciwną stronę niż wczoraj, pamiętając ze spaceru , że jest tam sporo miejsc, gdzie można zjeść. I znowu niepowodzenie :) Przeszliśmy ponad dwa kilometry, głównie w ciemności, obszczekani i obwarczeni przez watahy psów i NIC nie znaleźliśmy! Znowu nas nabrali :)))
W tym momencie były dwa rozwiązania. Pójść tam, gdzie byliśmy poprzedniego wieczoru, gdzie nie bardzo nam odpowiadało żarcie. Albo do jakiegoś sklepu sieci 7/11 i kupić gówniane, chemiczne żarcie, które podgrzewają na miejscu. I jeszcze jedno rozwiązanie - iść spać na głodniaka :)
W geście desperacji przypomniało nam się, że obok hotelu jest restauracja, którą od razu zdyskwalifikowaliśmy. Wyglądała z zewnątrz niezbyt zachęcająco, a i sąsiedztwo sugerowało, że bywają tam ludzie, z którymi nam nie po drodze.
Człowiek głodny i zdesperowany robi się bardziej tolerancyjny. My też przeszliśmy przemianę. I BINGO! Okazało się, że myliliśmy się. Zjedliśmy kolację smaczną i w miłym otoczenie. Nigdy, nie należy się poddawać. Ani oceniać, zanim się nie zajrzy do środka :)