Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Port Barton. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Port Barton. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 20 stycznia 2019

Jedziemy z Port Barton do San Vicente (wpis.13.)

 
 
 





 




 
 
Ostatniego dnia pobytu w Port Barton zdecydowaliśmy się pójść do restauracji rekomendowanej przez tripadvisor.com. Było dosyć daleko, ale nasza chęć zjedzenia czegoś smacznego była tak wielka, że nie marudziliśmy. Po prostu pomaszerowaliśmy. Opłaciło się! Jedzenie smaczne i byliśmy bardzo zadowoleni, mimo że daleko, drogo i porcje nieduże. Obiekt prowadzi para kanadyjsko-nowozelandzka. Jako białasy zadbały o możliwość zapłacenia kartą.
 

 
 
Byliśmy zachwyceni możliwością zatrzymania nielicznej gotówki na następny etap podróży. Wciąż mieliśmy nadzieję, że uda się gdzieś wypłacić, ale była to raczej nadzieja głupiego....
 
 
Następnego dnia mieliśmy zaplanowany wyjazd do San Vicente. Kanadyjka powiedziała, że mamy przesiadkę w Roxas i tam powinien być bankomat.
 
Pożegnaliśmy się z naszym super gospodarzem i wyruszyliśmy z rana fajnym lokalnym autobusem. Kazali przyjść 20 minut przed rozkładową godziną odjazdu. Odjechaliśmy 25 minut PO tej godzinie. Tutaj to normalne.
 
 
 



 
 
Na przesiadce od razu rozpytaliśmy o bankomat. I NIC! Nasza płynność finansowa zaczęła być niefajna, ale mieliśmy jeszcze nadzieję, że może w samym San Vicente uda nam się przynajmniej wymienić resztę dolarów. W istnienie bankomatu absolutnie nie wierzyliśmy.
 





 
 
 
Dotarliśmy do San Vicente. Kolejne filipińskie doświadczenie.
 
 


Drużyna Papasa zachwycona w Port Barton (wpis 12.)



Port Barton to maleńkie miasteczko, ale z przepięknymi widokami. Wybraliśmy się na wycieczkę, żeby obejrzeć lasy namorzynowe. Nie odnaleźliśmy naszego celu, ale zaszliśmy dosyć daleko, podziwiając otoczenie. Ja szłam jak kretynka z komputerem. Idąc na śniadanie miałam nadzieję znaleźć miejsce z wifi. Wifi nie znalazłam, a komputer trzeba było targać. Po około pięciu kilometrach przedzierania się przez naturę dotarliśmy do pięknej, płatnej plaży i tam już pozostaliśmy. Wróciliśmy statkiem, bo wędrówka z powrotem przez chaszcze z komputerkim w garści w ogóle nam się nie uśmiechała. Czułam się z tym moim ładunkiem w ręku, jak polska turystka wybierająca się na Giewont w szpilkach.






 






 
 


















Natura na Filipinach zwala z nóg! Jest przepięknie! Gorzej w miastach/wsiach. Bieda i kurz - to się rzuca w oczy przede wszystkim.





























Na koniec jeszcze ponarzekam. Oprócz mordęgi z jedzeniem, Filipiny jak na razie mają dla nas dwa duże minusy. Powszechny brak internetu oraz bankomatów. Podczas naszych poprzednich podróży do Azji zauważyliśmy zdumieni, że bankomaty są wszędzie. Nawet w małych pipidówach. Tutaj jest inaczej. Ostatnio udało nam się coś wypłacić w Puerto Princesa. W Port Barton już masakra. Udało nam się wymienić trochę dolarów i to wszystko. Jesteśmy prawie bez gotówki. Jeżeli wybierzecie się na Filipiny, bierzcie dolary. Bankomaty nieliczne. Na dodatek mają limit wypłat (10000 Peso czyli około 700 złotych) i są prowizje od każdej wypłaty. Wypłacając na zapas większą kwotę, trzeba wkładać kartę do bankomatu kilka razy i zapłacić kilka razy prowizję. Kart płatniczych praktycznie nigdzie nie akceptują.



.

 

Żarcie, internet i bankomaty nie przysłoniły nam jednak piękna Filipin. Nie żałujemy, że tu przylecieliśmy. Ludzie bardzo serdeczni, a dzieciaki fantastyczne!