Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maroko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maroko. Pokaż wszystkie posty

sobota, 14 lutego 2015

Mamas&Papas i teatr cieni (wpis 21.)



Ostatniego wieczoru szykowała się nam nie lada gratka. Na nieodległej wyspie miał dać przedstawienie lokalny teatr cieni. Pewien Francuz osiadł na stałe w Champasak i postanowił wskrzesić tradycyjny miejscowy teatr. Champasak - teraz mała mieścina - był w przeszłości stolicą ważnego Królestwa Champasak i ma bogatą przeszłość. Również w zakresie kultury. Polacy, których spotkaliśmy w Luang Prabang i Thakhek, bardzo nam polecali przedstawienie tego teatru.  Przedstawienia odbywają się we wtorki i piątki, a my przyjechaliśmy w środę i w piątek przed południem mieliśmy wyjeżdżać. A to przedstawienie na wyspie miało być w czwartek, dodatkowy występ. Papas poleciał wcześniej sprawdzić możliwości w zakresie łódki. Wszystko było dopięte na ostatni guzik. O stosownej porze wyruszyliśmy.
W miejscu zbiórki nikogo nie było i oceniliśmy, że w zasadzie w tym miejscu, nie ma miejsca na przybicie łódki. Szybko zaczęliśmy przemieszczać się w stronę portu. Papas potrafi odpalić szybszą prędkość, więc poleciał przodem. Ja, ile matka natura pary dała, gnałam za nim. Wkrótce straciłam go z oczu. Nie przejęłam się, bo drogę znałam. Nie przewidziałam jednego. Zaczęło się ściemniać. Droga nieoświetlona. Biegnę, biegnę i nie mam pojęcia, gdzie mam skręcić. W nocy wszystko wyglądało inaczej. W zasadzie nic nie wyglądało, bo było bardzo ciemno, Po pół godzinie spanikowałam. Oczywiście nikt nie mówił po angielsku. Jak gdzieś pytałm  o port, statek - to ludzie nie potrafili mi pomóc. W jednym momencie dodałam słowo woda. Tu Pani szeroko uśmiechnęła się i pobiegła po butelkę wody. Tak tu się dogaduje.

Postanowiłam skorzystać z telefonu. W zasadzie nie pamiętam na codzień, że go mam. Ceny w roamingu są bardzo wysokie plus naliczanie minutowe, więc nie używamy telefonów w ogóle. Teraz przypomniałam sobie o tym wynalazku ludzkości i Papas pomógł mi ogarnąć, gdzie jestem. Nie na podstawie widoków, bo tych nie było widać. Określił punkt, gdzie miałam skręcić na podstawie wrzasków kolonii ptaków. Tak się darły, że nie miałam wątpliwości, gdzie jestem.
Dobiegłam do portu, a tam cicho i ciemno. Ludzie wybierający się na przedstawienie nie przybyli również tutaj. Skończyła nam się koncepcja, skąd mogli odpłynąć. I tak napaleni na teatralną ucztę poczłapaliśmy z powrotem do hotelu. Odległość z portu na noclegowisko to około 3-4km. W ten sposób zamiast uczty duchowej mieliśmy trening sportowy z biegiem na orientację po ciemku.
Troszkę nas zmartwiło, że nie spotkamy nowych znajomych, z którymi mieliśmy być na spektaklu. Parę Amerykanów poznaliśmy w czasie wyprawy do Vat Phou. Najpierw zobaczyliśmy w ruinach Pana z krwawiącym łokciem i zdartym kolanem. Musiał przewrócić się na tych kamieniach. Zapytaliśmy, czy potrzebuje pomocy, ale odmówił. Potem jeszcze nasze drogi skrzyżowały się parę razy. Jak siedzieliśmy w tuk-tuku i szykowaliśmy się do powrotu podszedł jakiś laotański Pan i zapytał, czy zgodzilibyśmy się zabrać jeszcze dwie osoby. Vat Phou jest kilka kilometrów za Champasak i zasada jest taka, że wraca się tym, czym się przyjechało. Tuk-tuka opłaca się od razu w obie strony i kierowca czeka do zakończenia zwiedzania. Nasi Amerykanie przyjechali rowerami i na rowerach powinni wrócić. Pan po upadku nie mógł jechać i nie mieli jak się wydostać, bo wszystkie tuk-tuki były opłacone i do wyłącznej dyspozycji płacących. Oczywiście zgodziliśmy się zabrać ich. Po drodze ucięliśmy pogawędkę i właśnie od nich dowiedzieliśmy się o tym dodatkowym spektaklu. No cóż! Nie pierwsi i nie ostatni interesujący ludzie, których spotkaliśmy w czasie nasze wyprawy. Najprawdopodobniej już się nigdy nie spotkamy.
Kasę, którą wypłaciliśmy na łódkę i wieczór postanowiliśmy rozpuścić bez oglądania się na cokolwiek.
W hotelowej restauracji jedliśmy na obiad hamburgery. Byliśmy ciekawi, jak Laotańczycy przyrządzą ten zachodni wynalazek. Próbowanie pizzy w Vientiane to nie było dobre doświadczenie, ale tu postanowiliśmy zaryzykować. Poza tym, że hamburger był podany w słodkiej bułce był całkiem poprawny. Poszliśmy więc za ciosem i w hotelowej restauracji spróbowaliśmy innego żarcia. A co! Mieliśmy za co :) I było całkiem niezłe.

Big hamburger

Naprawdę nie wiem, w jakiej wersji językowej piliśmy coca-colę

Romantyczna kolacja zamiast teatru
Być może szczególnie dociekliwi czytacze zauważyli, że od jakiegoś czasu używamy pałeczek zamiast sztućców.
Jak jechaliśmy do Azji dwa lata temu Papas postanowił posiąść umiejętność operowania pałeczkami. Ćwiczył przy pomocy youtube i ...załamał się. Ponieważ on zrezygnował, ja nawet nie próbowałam. Na ogół mają jakieś łyżki czy widelce dla białasów. Któregoś razu poszliśmy coś zjeść, przy czym byłam wyjątkowo głodna. Dostałam swój talerz i pałeczki. Poprosiłam widelec, ale nie był dostępny. Co robi potwornie głodny białas, kiedy dostanie miskę i pałeczki? Je pałeczkami, aż mu się uszy trzęsą i wcale nie potrzebuje widelca. I w ten oto sposób dowiedziałam się, że potrafię jeść jak Azjaci. Co ciekawsze, od tej pory używamy wyłącznie pałeczek i jedzenie widelcem jest niekomfortowe.
Ale to nie jest jedyna odmiana w moim życiu. Niektórzy wierni czytacze pamiętają zapewne, jaką miałam awersję do azjatyckich zup. Melduję, że to przeszłość! Tutejsze zupy są pyszne! Prawdopodobnie w Wietnamie nadal nie jadałabym (dodają tam coś, czego zapachu nie trawię), ale tutaj bardzo mi smakują. To, że zmieniło się u mnie tyle w kwestii zup czy pałeczek, zakrawa na cud. Ale to bardzo fajny cud.
Skoro już się przechwalam tak znacznymi zmianami w moim życiu, opowiem coś jeszcze. Jak jedliśmy laotańskiego hamburgera zachciało mi się coca-coli. Niby żadna dziwota, ale ja nie piłam coli od czasu pobytu w Maroku czyli 4,5 roku. Mówili wtedy, że picie coli zapobiega ewentualnym niedyspozycjom żołądkowym. Piłam więc jak oszalała, a i tak zachorowałam i to dosyć mocno. Od tamtego czasu czułam niechęć do tego napoju. Aż do posiłku z laotańskim hamburgerem. Sami widzicie, że Laos to miejsce niezwykłe!


 




piątek, 7 lutego 2014

Mamas&Papas próbują polenić się

Dzisiejszy dzień z nawiązką wynagrodził nam wczorajsze deszczowe męki. Mieliśmy lato w lutym! Cudna pogoda, błękitne niebo, cieplutko - po prostu pogoda na krótki rękaw!
Późno się o tym dowiedzieliśmy, bo musieliśmy odespać poprzedni dzień. Ale jak już wyjrzeliśmy na zewnątrz, wiedzieliśmy, że to na ten dzień czekaliśmy.
Hiszpańskie śniadanko. Jak zwykle pycha i tanio.

Nasz bar




Sąsiedztwo baru

Nasz bar od zewnątrz

Trochę spacerku. I potem mój kardynalny błąd. Papas poszedł sam rozejrzeć się, ja zostałam w hotelu, żeby się pobyczyć i poczytać. Miał zaraz być z powrotem. Nie ma go i nie ma. I wciąż  nie wraca. Już myślałam, że wybrał wolność, kiedy pojawił się. Okazało się, że niespodziewanie znalazł drogę do tych jaskiń, których nie obejrzeliśmy poprzedniego dnia. Ścieżki są bardzo słabo zaznaczone wśród kaktusów i trudno znaleźć drogę. Jak już wlazł, to poszedł do końca. Zazdroszczę mu. Nawet pewien rodzaj awantury zrobiłam mu, ale chociaż zdjęcia przyniósł. Na opowieści Papasa zapraszamy do hostelu.





























Na pocieszenie zabrał mnie Papas na obiad do...."naszego chińczyka". Pani, która codziennie nas obsługuje, zapytała, skąd jesteśmy. Mówimy, że z Polski, a ona na to, w jakim języku mówi się w naszym kraju: po niemiecku czy po rosyjsku? Takiej świadomości o naszym kraju, jeszcze nie doświadczyliśmy.
Dobrze, że chociaż dobrze gotują.

Dzień był przepiękny. Poszwendaliśmy się leniwie. Wdrapaliśmy się ponownie na Albayzín (tym razem wzgardziliśmy autobusem). Klimat tego miejsca urzeka za każdym razem. Tym bardziej, że wciąż odkrywamy miejsca, gdzie jeszcze nie byliśmy. Mieliśmy już zawracać, gdy zaczepił nas taki jeden Senegalczyk. Zawołał, żebyśmy poszli za nim. Trafiliśmy w magiczne miejsce pełne wyluzowanych ludzi. Grali, śpiewali, tańczyli, żonglowali albo po prostu siedzieli. Głownie młodzi, ale i starsi nie byli rzadkością. Do tego mnóstwo ...psów. Bardzo łagodnych psów. Nie szczekały wcale, tylko albo siedziały (leżały), albo aportowały jak oszalałe. Usiadłam, żeby odsapnąć po wspinaczce. Tak jakoś mi się trafiło, że docierały do mnie dźwięki jednocześnie od różnych grajków. I ta kakafonia dźwięków nie była przykra. Lubimy takie miejsca. Większość miast je ma.











W tym miejscu Papas został wzięty w sklepie za Niemca.
Wieczorem z kolei miły Marokańczyk w barze zapytał nas, jakim językiem mówimy: rumuńskim, bułgarskim czy rosyjskim. Jakoś nigdy nie słyszą polskiego :(
Dużo Arabów żyje w Granadzie. Papas kupił sobie kurtkę od Marokańczyka z Tetuanu. Od razu dopadły nas wspomnienia z wyprawy do Maroka, ech. Następny Marokańczyk zawijał nam kebaba. Kiedyś Granada, jak i cała Andaluzja, była pod panowaniem arabskim. Granada najdłużej broniła się przed przejęciem przez katolicką Hiszpanią. Bliskość geograficzna, jak też związki historyczne i uwarunkowania ekonomiczne powodują ponowną "arabizację". Może przesadzam, ale Maroko odczuwalne jest dosyć mocno w handlu, kuchni, architekturze itd. My lubimy różnorodność.

Dzień miał być ewidentnie leniwy. Mi się trochę udało, Papas latał jak oszalały (jeszcze raz poszedł na wesoły plac, mnie wciągnęła książka). Na koniec dnia poszliśmy na papierosa i nadszedł jakiś człowiek z wielkim plecakiem. Szukał noclegu. Pogadał przez domofon z właścicielem (bez pozytywnych skutków) i zaproponował nam rękodzieło na sprzedaż. Takie coś na szyję za 10E. Nie byliśmy zainteresowani, od razu zszedł na 5E i zaproponował handel wymienny naszyjniki.... za marihuanę. Ależ to musiał być desperat! Nie wiemy, gdzie będzie spał, ale noc w Granadzie jest ciepła. Nie tak, jak w dzień, ale na pewno życzylibyście sobie takiej nocy dzisiaj w Polsce.
Tymi złośliwościami kończę wpis :)