Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tha Heua. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tha Heua. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 lutego 2017

Jedziemy (wpis 40.)

Noc w dżungli utwierdziła nas w przekonaniu, że trzeba się ewakuować. Ada miała pokój bez łazienki i mówiła, że łażenie do naszej łazienki po ciemku wśród odgłosów dżungli nie należało do najprzyjemniejszych doświadczeń w jej życiu. Dźwięki były niesamowite. Próbowałam coś nagrać, ale moja maszyna nagrywająca nie potrafiła oddać tego, co docierało do naszych uszu.

Miejsce fajne. Ludzie pozytywni. Mają przytulisko dla zwierząt odzyskanych z przemytu, ale nie nadających się już do życia w dziczy. Widzieliśmy małpy i niedźwiedzia. Troszczą się o nich. Mimo wszystkich pozytywów nie chcieliśmy tam być.

Rano wygramoliliśmy się z naszego lasu i poszliśmy drogę wylotową z Tha Heua. Grzało jeszcze bardziej niż poprzedniego dnia. Zapowiadali 36 stopni i tyle chyba było. Znaleźliśmy za miasteczkiem ślad cienia i stamtąd postanowiliśmy łapać pojazd. Byliśmy już uświadomieni, w jaki sposób machać.

Pierwszy popas, jeszcze Tha Heua



Szybko zatrzymał się jakiś minivan. Był to lokalny autobusik. Uwielbiamy tutejsze obyczaje transportowe. Autobusy zatrzymują się tam, gdzie ludzie ich potrzebują. Tak samo jest z wysiadaniem. Chcesz wysiąść, więc krzyknij do kierowcy i już.
Pan, który się zatrzymał miał wolne 2 miejsca. Nas było troje plus plecaki. No problem! Jeden młodzieniec przeniósł się do kabiny kierowcy. Tam już były trzy osoby (łącznie z kierowcą), ale młody człowiek wcisnął się jeszcze "w nogach". Jaki elastyczny naród!
Mi trafiło się miejsce na ostatniej kanapie. Plecak plus ja na tym kawałku podłogi, to było trochę za wiele. Na dodatek tam najbardziej rzuca na wertepach. Przypomniał mi się od razu nasz poprzedni pobyt w Laosie naznaczony guzami na mojej głowie jako efekt podróży na ostatnich siedzeniach  minivanów. Skoro nie przyfarciło mi z miejscówką, szybko zaczęłam szukać pozytywów. Np. to cudowne uczucie, że nikt mi nie narzyga na plecy. I widok na autobus miałam najlepszy :) Od razu poczułam się jak na królewskim stołku :)


Przykry widok. Wypadek drogowy.
Minivan dowiózł nas do miejscowości, którą mieliśmy zaplanowaną na kolejny pobyt. Gdy wygramoliliśmy się z wozu zobaczyliśmy miejsce, które nie wyglądało na miejsce, gdzie można się zatrzymać. Kilka chałup. Jakaś buda z jedzeniem. I nic więcej. My rozpaczliwie potrzebowaliśmy miejsca z bankomatem. Nie mieliśmy już prawie pieniędzy. W Tha Huea bankomatu nie znaleźliśmy. Powiedziano nam, że najbliższy jest 8 kilometrów w stronę, z której przybyliśmy. Za nocleg w dżungli udało nam się zapłacić częściowo dolarami, ale to nie rozwiązało naszych problemów z kasą. Potrzebowaliśmy kipów - lokalnej waluty.

Drugi popas



Postanowiliśmy nie zatrzymywać się jednak w miejscu, do którego dotarliśmy. Bez pieniędzy niewiele zdziałalibyśmy. Zatrzymaliśmy się na krótki popas, żeby uzupełnić płyny. Po krótkim odpoczynku postanowiliśmy udać się na drogę, żeby złapać jakiś pojazd. Przeszliśmy około 100 metrów w stronę jedynego cienia w zasięgu wzroku, zobaczyliśmy jakąś jadłodajnię. Mieliśmy budżet 67000 kipów i postanowiliśmy zrobić po 3 minutach następny popas. Udało nam się skonsumować posiłek za 62000 kipów. Plan oszczędnościowy powiódł się. Na więcej nie mogliśmy sobie pozwolić, bo musieliśmy mieć jakąś rezerwę na dalszy przejazd.




Ada odzyskuje werwę po żołnierskim posiłku :)

Paps pozdrawia Grzesia-Mordkę
Pojedliśmy, zaliczyliśmy najczystszą toaletę w Laosie (woda, mydło, papier były w komplecie). I wyszliśmy do naszego, wcześniej upatrzonego, cienia. Prawie natychmiast zatrzymaliśmy pojazd. Pan poprosił 50000 kipów od osoby. Dla nas było to za drogo, więc podziękowaliśmy. Wtedy on natychmiast zgodził się na 100000 kipów za całą naszą gromadkę. Weszliśmy w to!
Po kilkuset metrach jazdy okazało się, że poprzedni pojazd wyrzucił nas z kilometr przed miejscowością, do której przymierzaliśmy się. W czasie jazdy zobaczyliśmy bankomaty, hoteliki i inne rzeczy, których potrzebowaliśmy. Los chciał, żebyśmy szybciej wybrali się do następnego etapu - Vientiane.
W tuktuku siedziało czterech młodych mężczyzn. Od razu próbowali nawiązać kontakt. Dogadaliśmy się tylko, że są z Wietnamu. Bardzo towarzyscy ludzie, ale bariera językowa zatrzymała nas w pół zdania. Potem nasi współpasażerowie wciąż się zmieniali. Nudno nie było. Jazda była przyjemna ze względu na przewiew i krajobrazy. Gorzej było ze spalinami, które zalewały nas okrutnie. Nie jechaliśmy jednak na koniec świata. Dojechaliśmy do stolicy Laosu - Vientiane.








Po dojechaniu do rogatek nasz tuktuk zatrzymał się. Podszedł jakiś Pan i ostro dyskutował z naszym kierowcą. Po kilku minutach kazali nam się przesiąść do autobusiku owego Pana. Widzieliśmy jeszcze jak nasz kierowca dawał pieniądze naszemu nowemu szefowi. Uznaliśmy, że z jakiejś przyczyny przekazuje nas do innego pojazdu i płaci za to. Ruszyliśmy - nie bardzo wiedzieliśmy dokąd. Zostaliśmy dowiezieni na dworzec autobusowy. Na koniec poproszono nas o zapłacenie za przejazd po 5000 kipów od głowy. Wszyscy płacili, ale nam coś nie pasowało. Za co płacił kierowcy autobusu kierowca tuktuka? Mieliśmy ostatnią stówę i po krótkiej naradzie postanowiliśmy nie walczyć i zapłaciliśmy 15000 kipów. Ruszyliśmy w stronę centrum w poszukiwaniu bankomatu i noclegu.




W stolicy z bankomatem nie było problemu. Nocleg znaleźliśmy też szybciutko. W świetnej lokalizacji i świetnej cenie. Więcej nic nie było świetne :D
Ady pokój był nawet niezły, ale ja z Papasem dorwaliśmy norę :) Nie był to na pewno najgorszy pokój, w jakim spaliśmy, ale na pewno w czołówce nor. Patrzyliśmy później w internecie, czy nie zamienić naszej nory na drugą noc. Okazało się, że cena była tak atrakcyjna, że musielibyśmy dopłacić co najmniej drugie tyle, za hotel z ratingiem tylko takim sobie. My twardziele damy radę! Wyciągnęliśmy klapki na kontakt z łazienką i nie marudzimy :)

Moje biedne plecy po targaniu plecaka.
Vientiane odwiedziliśmy w czasie naszej poprzedniej podróży. Wtedy mieliśmy gorszą miejscówkę. Miasto na jeden-dwa dni. My nie znaleźliśmy ani wtedy, ani teraz czegoś, co by trzymało dłużej.




wtorek, 21 lutego 2017

Mamas&Papas i Ada w lesie (wpis 39.)



Poprzedni dzień w Vang Vieng nie był jednak ostatnim dniem naszego pobytu w tym miejscu. Na wczorajszej imprezie jeden z tubylców gorąco zachęcał do wyprawy łódkami. Tak zachęcał, że zdecydowaliśmy się przedłużyć pobyt. Rano nasz nowy kolega nie odezwał się. Dał znać około południa, że jest już w drodze do Vientiane i zaprasza do kontaktu, jak dojedziemy do stolicy Laosu. Wyszło na to, że bez sensu przedłużyliśmy pobyt (już siódma noc), ale tak naprawdę nie było nam przykro. Papas zdążył pobiec do ostatniej części miasta, której jeszcze nie eksplorował, a ja i Ada miałyśmy relaks. Głównie czytanie książek.






















Następnego dnia wybraliśmy się do Tha Heua. Mała miejscowość niedaleko od Vang Vieng. Postanowiliśmy pojechać stopem. Wyszliśmy za miasto. Upał około 35 stopni, a my szliśmy po asfaltowej patelni i bez sukcesu próbowaliśmy złapać jakąś okazję. Wieczorem dowiedzieliśmy się, że gest autostopu jest w Laosie inny niż znany wszystkim wystawiony kciuk. Myśleliśmy, że zatrzymujemy auta, a pokazywaliśmy im gest "jedź, nie zatrzymuj się". Nawet dziwiliśmy się, dlaczego kierowcy tak serdecznie do nas machają, ale żaden się nie zatrzymuje.




Wreszcie jeden pojazd stanął. Pan zgodził się nas zabrać na pakę z kartonami po 10000 kipów od głowy. Cena nie była zła, więc wsiedliśmy. Szybko i przyjemnie dojechaliśmy do celu.







Zaczęliśmy się kręcić po miasteczku i rozglądać za spaniem. Weszliśmy do ładnego budynku, na którym był napis "guesthouse". Nikt nas nie rozumiał, kiedy próbowaliśmy dopytać się o pokoje. Nawet międzynarodowy gest "śpiącej główki" nie docierał do dziewczyn z obsługi. Nawodniliśmy i napiwniliśmy się i poszliśmy szukać dalej. Gorąc był okrutny i szybko znowu wleźliśmy pod jakiś daszek i kupiliśmy płyny.
Pod daszkiem spotkaliśmy laotańską wielopokoleniową rodzinę. Papas poczęstował papierosem starszą panią, która siedziała obok. Pani miała ochotę, ale bliscy zabronili jej. Pani stanowczo zażądała podania papieroska i w kąciku wykurzyła go do końca. Wśród obecnych był człowiek, który przyjechał z Florydy, aby odwiedzić swoją laotańską rodzinę. Mówił bardzo dobrze po angielsku. Powiedział, że Pani, która skurzyła papieroska ma 90 lat. Dopytał się też dla nas o jakieś noclegowiska i wskazał drogę. Ruszyliśmy...









Dotarliśmy do malowniczego miejsca, ale położonego w środku lasu. Przypadkiem była to miejscówka, którą polecił nam właściciel hostelu w Vang Vieng. Było tam ładnie, ale dojście do miasta nie za łatwe. No i drogo. Łamaliśmy się, ale zdecydowaliśmy, że na jedną noc możemy się przemęczyć. Nie spodziewaliśmy się też takiej drożyzny na zadupiu. Poszliśmy na obiad do miasteczka, a tam ceny jak z kosmosu! Nie rozumiemy za bardzo, dlaczego jest tam tak drogo? Turystów prawie nie ma. Miasteczko maleńkie i bez większych atrakcji. Nie znaleźliśmy odpowiedzi.
Na kolację zostaliśmy w naszym lesie. Nie zdecydowaliśmy się iść przez dżunglę bez żadnego oświetlenia w nocy.
Na kolację do wyboru było tylko jedno francuskie danie i zapłaciliśmy za posiłek tyle, co za trzy kolacje w Vang Vieng.
Mimo rozczarowania kolacją, wieczór był bardzo przyjemny. Luz, jakiego nie spotkaliśmy nigdy dotąd. Recepcjo-bar był zostawiony bez opieki. Każdy, kto czegoś potrzebował, wchodził za bar i obsługiwał się sam. My też dostaliśmy karteczkę z prośbą, żebyśmy zapisywali, co bierzemy. Pełne zaufanie! Co jakiś czas ktoś "zaczarowany" wchodził i wychodził zza baru. Wszyscy opici i upaleni. Maksymalnie wyluzowani. Oglądaliśmy to, co się wokół nas działo, jak jakiś surrealistyczny teatr.



Pokój mieliśmy fajny i miejsce też było przyjemne. Nie zdecydowaliśmy się jednak zostać tam. Było niemiłosiernie drogo, a po zmroku byliśmy uwięzieni. Nie było internetu! Nie mogłam wczoraj umieścić wpisu na blogu. Internet był dostępny tylko na recepcji. Recepcja to drewniany podest pod drewnianym dachem wśród drzew. Po zmroku oświetlona słabą lampą. Nie chciało mi się ślepić w środku lasu, bo i tak zdjęcia pewnie nie wkleiłyby się.

Papas odpoczywa na czymś wygodnym

Okazało się, że było to legowisko lokalnego pieska