Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nong Khiaw. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nong Khiaw. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 lutego 2015

Mamas&Papas i odrobina luksusu (wpis 15.)

Ponownie znaleźliśmy się w Luang Prabang. Dwa dni wcześniej odjeżdżaliśmy z żalem i nie sądziliśmy, że znowu tu zawitamy. Ale tym razem Luang Prabang miał być tylko przejazdem.
Po dotarciu na dworzec autobusowy Papas poleciał od razu zapytać o autobus do Phonsavan. Okazało się, że musimy dostać się na inny dworzec. Nie mieliśmy oczywiście pojęcia, gdzie jechać i ile to powinno kosztować. Pomyśleliśmy, żeby najpierw pojechać do centrum i popytać w agencji turystycznej. Zobaczyliśmy, że siódemka białasów, którzy jechali z nami z Nong Khiaw ładuje się do tuk-tuka, więc postanowiliśmy się przyłączyć, żeby obtanić przejazd. Oni płacili po 15 000, a od nas Pan zawołał po 20 000 i nie chciał negocjować. Trochę to nie bardzo wyglądało, jak wszystkich kasował po równo, a od nas wołał więcej. Zapłaciłam mu tyle, ile inni i odczepił się.
Zawiózł nas do centrum. Nie zorientowaliśmy się, że było to ze 2 km za blisko i w upale z tobołami cała grupa powlokła się do celu. W agencji dowiedzieliśmy się, że autobus mamy nastepnego dnia. Poszliśmy więc do hotelu, w którym spaliśmy poprzednio. Okazało się, że nie ma wolnych pokoi. Postanowiliśmy więc pójść dalej do hostelu (na sąsiednią ulicę), w którym też poprzednio zatrzymaliśmy się. Byliśmy wykończeni jazdą po laotańskich drogach i marszem w upale, więc najpierw postanowiliśmy sprawdzić w internecie dostępność miejsc w hostelu. Patrzymy, patrzymy i nic! Miejsc nie ma. Weszliśmy na bardzo popularny portal i pokazał, że w Luang Prabang w tym dniu nie ma miejsc w żadnym obiekcie. Sprawdziliśmy kolejny portal i wyświetlił dwa dostępne obiekty. Wybraliśmy najtańszy wariant. Nocka za 60$. Najdroższy nocleg w historii naszych podróży. Mogliśmy jeszcze spróbować pochodzić po ulicach i poszukać spania w miejscu, które się nie ogłasza na portalach, ale byliśmy zmęczeni i nie mielismy gwarancji, że coś sensownego znajdziemy, więc zaszaleliśmy za 60$. A co! Będzie, o czym wnukom opowiadać!

Na przywitanie owoce i koktajl

Hotel mieścił się w miejscu, w którym wysadził nas cwany tuktukowiec. Założyliśmy plecaki i z powrotem w upale udaliśmy się na miejsce, z którego przyszliśmy. Czasu mamy dość, więc możemy sobie pochodzić jak durni w tą i z powrotem :)
Hotel byl wypasiony. Popławiliśmy się w luksusie i następnego dnia wyruszyliśmy do Phonsavan.
Tym razem postanowiliśmy być sprytni i za wszelką cenę zająć miejsca NIE w ostatnim rzędzie. Znowu jechaliśmy mini vanem i jazda w ostatnim rzędzie pojazdu przez laotańskie drogi to mały koszmar. Głowy obite od podskakiwania na dziurach, żołądki pod szyją.


Pakujemy, pakujemy


Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy. Byliśmy pierwsi, zajęliśmy miejsca z przodu i .....prawie godzinę czekaliśmy na pojawienie się kolejnych pasażerów. Jak raz przycwaniliśmy, to i tak wyszliśmy na głupków. Można było spokojnie przyjść później.
Nasi kompani, którzy siedzieli w ostatnim rzędzie pochorowali się i musieliśmy zatrzymywać się, żeby mogli wyjść na zewnątrz. Myślę, że mnie mogłoby spotkać to samo, bo siedząc z przodu ledwo dałam radę. Ludzie! Laotańskie drogi przemierzane mini vanem to naprawdę wyzwanie!
Zachorował też chłopak siedzący przede mną. Potem jechał cały czas z twarzą przy otworzonym oknie i zawiało mnie. Czułam, że się nie wywinę, ale nie miałam serca prosić o zamknięcie okienka. Katarek, gardełko, ale szybko mija.
Jechaliśmy wąskimi krętymi górskimi drogami. Po drodze trafiła nam się przewrócona ciężarówka, która nie wyrobiła na zakręcie.

Widok z okna
Zaczął robić się zator. Mieliśmy szczęście. Nas przepuścili, ale mogliśmy spędzić na słońcu nie wiadomo, ile czasu. Tam nie ma możliwości ucieczki, ominięcia. Widzieliśmy, jak wyprosili z autokaru grupę turystów i kazali obejść miejsce wypadku na nogach. Za chwilę autokar  podjechał. Wkrótce przekonałam się, dlaczego musieli wysiąść. Nam nie kazali wychodzić, ale nasz pojazd omijał ciężarówkę tak niebezpiecznym manewrem, że w pewnym momencie myślałam, że się wywrócimy. Jednymi kołami był na drodze, drugimi na jakimś bambusowym poboczu nad przepaścią. Myślę, że jednak nas też powinni pogonić, żeby obejść to miejsce. Zostałoby, niestety, ryzyko kierowcy. Zdumiało mnie, że w okamgnieniu pojawił się chłopak, który oferował napoje i przekąski. Przecież to było z dala od wszystkiego! Nie tylko to nas zdziwiło. W cieniu pojazdów, które zaczęły korkować drogę ludzie wykładali jakieś dywaniki, naczynia i po prostu spokojnie bez stresu biwakowali czekając na rozwiązanie sytuacji. Widać nie raz siedzieli w korku z powodu przewróconej ciężarówki i zawsze są gotowi na czekanie.
Nie był to koniec zaskakujących wydarzeń. Widziałam na własne oczy "małpówkę". Małpa w słoju z alkoholem i psa, który bawił się zabawką-ciężarówką.

Piesek z ciężarówką

"małpówka" :(






Mam problemy z ładowaniem zdjęć, więc tyle na dzsiaj. Do zaczytania  wkrótce :)

piątek, 6 lutego 2015

Mamas&Papas i koguty (wpis 14.)

Mistrz rozrywki - Papas - jest również mistrzem kłopotów. Postanowił wybrać się łodzią do wioski Muang Ngoi, do której nie ma połączenia drogowego. Ja zostałam w Nong Khiaw. Obiecałam zająć się wysyłką pocztówek, zapisaniem czegoś na blogu i połażeniem po bliższej okolicy. W sumie prawie cały czas zabrał mi blog, bo internet działał, jak działał. Blogger się wieszał, wycinało mi ściągnięte zdjęcia i takie tam rozrywki. Papas długo nie wracał. Miałam zacząć się niepokoić, kiedy wreszcie zjawił się w drzwiach osmalony słońcem i wykończony.







Okazało się, że popłynąć do Muang Ngoi to nie problem. Gorzej z powrotem. Łódki popłynęły w tamtą stronę napakowane, ale prawie nikt nie wracał. Kiedy Papas chciał udać się z powrotem do Nong Khiaw, nie miał czym. Pan stojący z łódką powiedział, że nie popłynie, bo nie ma kompletu. Papas próbował przekonać marynarza i wstępnie ugadali się, że za 100 000 kipów może odwiezie Papasa solo. Zaczęła się rysować perspektywa noclegu w wiosce. Papas nie wziął za dużo pieniędzy. Nie odważył się kupić niczego do picia czy jedzenia. Trzymał kasę na spanie. Póki co, próbował dać mi znać, że utknął, ale nie było tam zasięgu. Co więcej po jego opowieści sprawdziłam komórkę i okazało się, że w Nong Khiaw też nie ma zasięgu. Nie zorientowaliśmy się wcześniej nic a nic.
Wracając do przygód Papasa: spotkał jakąś grupkę na łodzi prywatnej i poprosił, żeby go zabrali, ale te łotry nie zgodziły się. Mieli taką okazję gościć samego Papasa i wypięli się! Mam nadzieję, że wkrótce pożarły ich rekiny! Na szczęście kolejna grupa nie miała nic przeciwko goszczeniu Papasa i nawet nie chcieli pieniędzy. Szczęśliwy Papas dopłynął do brzegu i wyszedł prędko z łódki, wiadomo stęskniony za mną. I raptem patrzy, goni go właściciel łódki i żąda zapłaty 100 000 kipów. Papas był gościem uprzejmej grupy i nie poczuwał się. Tym bardziej, że ta kwota była umówiona na awaryjną samotną podwózkę. Facet był agresywny, gonił za Papasem po wiosce. Wreszcie Papas dał mu coś na odczepnego, bo nie chciał kłopotów. Mogłoby się skończyć policją, a na obczyźnie zawsze białas ma mniejsze szanse dogadać się i postawić swoje słowo przeciwko słowu tubylca. Takie też ciemne bywają momenty w czasie naszej podróży. Na szczęście nie zdarzają się często. Podobnie nieprzyjemne zdarzenie mieliśmy kiedyś w Wietnamie. (http://hostelik.blogspot.com/2013_01_01_archive.html).









W hotelu spotkaliśmy kolejnego Anglika, który korzystając z emerytury dużo podróżuje i część czasu co roku spędza w Azji. Ciągle widzimy emerytów w świetnej formie z całego zachodniego świata. Niestety, Polaka czy innego obywatela krajów Europy Środkowo-Wschodniej nie uświadczysz. 
Ostatniego wieczoru próbowaliśmy ustalić, dokąd jechać następnego dnia. Nie było, gdzie się poradzić. Zresztą strach się pytać tubylca, bo istnieje duże ryzyko, że odpowiedzą na pytanie, nawet jeżeli nie mają zielonego pojęcia, o co pytamy. Po ustaleniu tyle, ile się dało, postanowiliśmy jechać z powrotem do Luang Prabang. Okazało się, że zdecydowaliśmy poprawnie.
Ostatni poranek w Nong Khiaw zapamiętam po znakiem kogutów. Rano obudziła mnie ściana dźwięków wydobywających się z kogucich gardeł. Niesamowite doświadczenie! Nigdy wcześniej nie słyszałam takiego koncertu w takim natężeniu dźwięku i takiej długiej frazie. A nie raz słyszałam kogucie zawołania.
Obudzeni tą muzyką szybko pognaliśmy na dworzec autobusowy. Na autobus 8:30. 20 minut na piechotę nie było uciążliwe mimo plecaków, bo jeszcze nie smażyło słońce. Niestety było tylko jedno wolne miejsce. Czułam, że Papas ma nie ochotę, ale bez pieniędzy i paszportów (były u mnie) zdecydował się być mi wierny ;)
Następny bus był o 10.  Kupiliśmy bilety i poszliśmy na (okropne) śniadanie. Ze śniadania smakowała mi tylko lokalna herbata. De facto zaparzony jeden liść, kolor bladziutki, a smaku bardzo fajna.






Jak wróciliśmy nasz bus był zapakowany i znowu dostaliśmy najgorsze miejsca, a pojazd ruszył o 9:13 (zamiast o 10). Po prostu gamonie jesteśmy. Przyszliśmy dużo za wcześnie, Pierwsi ze składu naszego busa i daliśmy się wyrolować. No cóż, gamoń to gamoń :)

środa, 4 lutego 2015

Mamas&Papas w Nong Khiaw (wpis 13.)



Znowu musieliśmy wstać o bandydckiej porze, żeby dać się zawieźć na dworzec autobusowy.  Najpierw delikatnie nas orżnęli przy opłacaniu pobytu. Potem poszliśmy na śniadanie, które okazało się absolutnie niezjadliwe. Głodni i niewyspani zostaliśmy zabrani przez tuk-tuka, który przyjechał punktualnie. Tego akurat nie spodziewaliśmy się absolutnie.
Tutaj doświadczenia z punktualnością zakończyły się. Na dworcu byliśmy o 8:50. Na bilecie było napisane, że odjazd o 9:10. Na stanowisku 9:30, a ruszyliśmy 9:52. Po około minutowej jeździe kierowca zatrzymał busa i gdzieś poleciał. Takie tutaj jest poczucie czasu i pnktualności.
Kierowca jechał jak wariat. Wiozłam duszę na ramieniu. Stan dróg w Laosie jest tak fatalny, że szkoda gadać. Przysięgłam uroczyście przed Papasem  NIGDY nie mówić złego słowa o drogach w Polsce teraz i kiedyś. Laotańskie szosy zapewniają nieprzerwane atrakcje. Siedzieliśmy w ostatnim rzędzie busa i cały czas rzucało nas pod sufit. Pasów oczywiście nie ma. Jechaliśmy w tych podskokach 3 godziny. W połowie trasy bus zatrzymał się przy solidnej kępie krzaków i kierowca zaprosił do toalety. Przy samej drodze panowie jakoś sobie radzili, panie były skazane na zejście do buszu. Żadna się nie odważyła. Zresztą przy samej drodze też były widoczne ślady używania pobocza. Myślę, że to z nocnych busów.





W Nong Khiaw wyjątkowo sprawnie, jak na nas, odnaleźliśmy nasz hotel. Nawet znośny. Poczuliśmy się zaszczyceni, bo w naszym pokoju wisiała instrukcja na hotelowe życie wystawiona i podpisana przez policję. Angielskie tłumaczenie było tak beznadziejne, że nie wiemy, czy i ile razy zgrzeszyliśmy. Przypomniało nam to, że Laos jest krajem socjalistycznym i policja ma wiele do powiedzenia. Z drugiej strony, nie pamieta się na codzień, że tu taki ustrój panuje. W Wietnamie nie zapominaliśmy, kto tam rządzi.
Niestety, prawie wcale nie było garkuchni na ulicy, musieliśmy stołować się w restauracjach. Drożej, a wcale nie lepiej. Chociaż znaleźliśmy jedną super knajpę z kuchnią hinduską. Bomba! W innej knajpie Pani zaśpiewała 120 000 kipów, chociaż nam się wydawało, że powinno być nie więcej niż 70 000. Jeszcze na śniadanie zaprosiła. Niedoczekanie!!! Oczywiście nie ma się co wykłócać, bo i tak się nie dogadamy.
Tam gdzie jest to dla tubylców korzystne z porozumieniem nie ma problemu. Chcieliśmy kupić małą butelkę wódki w celach odkażających. Zależało nam na małej, żeby nie dźwigać balastu. Wolno nam schodzi i mała w zupełności wystarczy. W sklepach były tylko 0,7 litrowe. W jednym małym przybytku Pani nie miała tego, o co pytaliśmy, ale wyciągnęła spod lady niedużą plastikową buteleczkę z domowym wyrobem alkoholowym. Bardzo tanim zresztą. Tam, tak jak chyba wszędzie domowy wyrób mocniejszego alkoholu jest nielegalny. Być może o tym też pisała zacna policja, ale nie było szansy zrozumieć, czego oni chcą.

Papas jak zwykle wybrał się w dzikie ostępy wioski, podczas, gdy ja postanowiłam ochłonąć od upału i .... popisać coś na bloga. Nietrudno zgadnąć, że jak zwykle w takich sytuacjach, trafiła mu się fajna przygoda. Został zaproszony na laotańskie wesele. Pojadł, popił, potańczył. Oczywiście nikt tam nie mówił po angielsku, ale podobnie jak dwa lata temu w Wietnamie nie stanowiło to przeszkody (http://hostelik.blogspot.com/2013/02/mamas-zachwyceni.html). Papas twierdzi, że tym razem nie próbowali go ożenić. Trudno uwierzyć, ale może tak było. Albo nie zrozumiał :)







Wieczorem próbowałam poładować nasze urządzenia. Sprytny właściciel tak urządził gniazdka, że ze wszystkich wtyczki wylatywały. Nie spodziewał się zaradnych gości z Polski. Zbudowalismy konstrukcję, która podtrzymała kable i nakarmiliśmy komputer, telefon i aparat.












Papas i Lao Lao za 4,50PLN, towar spod lady

Hinduskie żarcie uszczęśliwi każdego