Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Buriram. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Buriram. Pokaż wszystkie posty

sobota, 17 lutego 2018

38 stopni i Lewandowski (wpis 44.)




Kolejny dzień w Buriram był tak gorący, że absolutnie nie chciało nam się robić niczego innego niż czytać książki i grać w tetrisa w zaciszu klimatyzowanych pokoi. Doszło do 38 stopni. Papas oczywiście musiał pobiec do miasta obejrzeć pobliską świątynię i tutejsze życie. Dosyć szybko wrócił.



















Po hotelowym śniadaniu (jak zwykle bez szału) obiad też zjedliśmy w hotelowej restauracji. Kolacja, niestety, wymagała wysiłku. Tutejszą restaurację zamykają dosyć wcześnie.
Wyszliśmy do miasta. Psy, o których mówiła wczoraj obsługa, pokazały swoje oblicze. Mnie wystraszyły dwukrotnie. Reszta Bandy nabrała wody w usta i nie chce się zwierzyć ze swoich odczuć.
Na dodatek długo się błąkaliśmy i nie mogliśmy znaleźć jakiejś sensownej "miski". Ostatecznie postanowiliśmy wejść do miejsca dla białasów, bo czas uciekał, a przed nami była jeszcze droga powrotna. Żarcie i reszta typowe w takich miejscach nastawionych na nietutejszych ludzi. Zamówiliśmy nietutejsze jedzenie i zabraliśmy się za konsumpcję. W tym momencie podeszły dziewczyny z obsługi i zażądały zapłaty. My zajadamy, ja wprost łapami, a one sterczą i dają do zrozumienia, że TERAZ mamy natychmiast płacić. Zignorowaliśmy je. Postały i poszły. Z kolei, kiedy MY chcieliśmy zapłacić, ciężko było kogoś przywołać. Potem okazało się, że za napoje trzeba płacić oddzielnie jednej osobie, za jedzenie drugiej. A ta druga wzięła od nas grubszy banknot i łaziła sobie po sali. Czyżby samowolny napiwek? Na szczęście Ada spojrzała na przechodzącą dziewczynę takim wzrokiem, że ta szybko pobiegła do kolesia, który wisiał nam kasę i ten przyniósł wreszcie resztę. Napiwku nie zostawiliśmy!
Pozostał problem z powrotem do hotelu. Ja się bałam ponownej konfrontacji z warczącymi kundlami.  Poszliśmy na pieszo do dworca, gdzie tory kolejowe wyznaczały nasze poczucie bezpieczeństwa. Pod dworcem powinny być jakieś tuktuki czy taksówki. Był tuktuk, ale nie można było znaleźć kierowcy. Szukał go nam Pan Policjant, który drzemał sobie na owym tuktuku. Ponieważ poszukiwania nie zakończyły się sukcesem, policjant skierował nas na postój taksówek motocyklowych. Papas i Piotr poszli już wcześniej pieszo. Wiadomo, herosy! Ja i Ada wsiadłyśmy na dwa motory i bez kontaktu z psami wróciłyśmy do hotelu.
Długo czekałyśmy na naszych bohaterów. Okazało się, że po drodze zostali zaproszeni na jakąś lokalną imprezkę i troszkę czasu tam zmitrężyli. Kolejny raz na wieść, że chłopaki są z Polski, padło nazwisko Lewandowski. Niesamowicie silna jest to marka. Mnóstwo razy w wielu miejscach ludzie na hasło Polska, odpowiadają Lewandowski.
Panowie nie mieli problemów z powrotem.  Nie było tym razem żadnych sfor psów. Co najwyżej pojedyncze niegroźne poszczekiwania. Myślę, że lokalne kundle doskonale znają moc Papasa i Piotra i nie odważyły się ich zaczepiać. Takie właśnie jest moje zdanie na ten temat :)

Smuteczek zaczął mnie ogarniać. To byłe ostatnie wspólne chwile z Adą i Piotrem w tej podróży. Młodzież zdecydowała się lecieć na wyspy, poleniuchować na plaży. My z Papasem jedziemy gdzieś bardziej na północ od nich, aczkolwiek nie wiemy jeszcze gdzie nas poniesie.



Ranek był smutny. Nie poszliśmy na śniadanie. Po wstaniu szybko się spakowaliśmy i postanowiliśmy pójść na pociąg do Nakhon Ratchasima. Trochę nas zatrzymał miły Pan z obsługi. Widząc, że wychodzimy bez śniadania, szybko zarządził posiłek dla nas (chociaż było już po czasie wydawania śniadań). Myślał, że zaspaliśmy i nie chciał wypuścić nas na głodniaka. Posiedzieliśmy jeszcze we czwórkę parę chwil dłużej. Nadszedł czas pożegnania. Ja się poryczałam pierwsza, reszta wkrótce dołączyła. Chyba nie zdawaliśmy sobie sprawy, że jest nam ze sobą tak dobrze. Miesiąc wspólnego podróżowania nie stworzył żadnych konfliktów czy trudnych sytuacji. Było super! Teraz smutno przeraźliwie :(

Trzeba jednak iść, tzn. jechać dalej. Na dworcu dowiedzieliśmy się, że pociąg mamy za ponad godzinę. Ludzie byli niesamowici. Jedni podchodzą zapytać, czego potrzebujemy. Inni asystują przy kasie. Dostaliśmy nawet w prezencie rozkład jazdy pociągów. Nikogo nie prosiliśmy. Sami podchodzą z propozycją pomocy.




Kupiliśmy bilet na (najwyższą dostępną) drugą klasę. Jednak podróż była ciężka, ale to tylko dwie godziny jazdy. Klimatyzacji nie było, a pracy wiatraków w ogóle nie odczuliśmy. Na dodatek brud i Panie wydzierające się całą drogę, próbujące sprzedać coś do jedzenia.



W pewnym momencie przez otwarte okna zaczęły wlatywać chmury czegoś czarnego. Jakby spalone papierki. Oblepiło nas ładnie. Strząsnęliśmy to z ubrań i ze skóry. Po jakimś czasie zauważyłam na miejscu kontaktu skóry z tym czymś jakieś plamy. Na szczęście po dotarciu do hotelu i zmyciu, plamy po jakiś czasie zniknęły.






Gdy dojechaliśmy do Nakhon Ratchasima było 38 stopni. Hotel mamy niezbyt fajny. Miasto też nie urzekło nas. Postanowiliśmy więc nie zatrzymywać się tu dłużej. Jutro wyruszamy dalej. Papas ma już pomysł, ale ja nie potrafię spamiętać nazw miejsc, które wynalazł.

Papas zjadł na obiad-kolację największą rybę w życiu. Moja zaś była najdroższa i wstałam od stołu nie bardzo najedzona. I pierwszy raz w czasie azjatyckich podróży nie udało nam się nic znaleźć do zjedzenia na nocnym markecie, chociaż duży był. No, i jak można pozostać dłużej w takim mieście?











Na koniec kilka zdjęć od Ady i Piotra (i filmik). Ponieważ nie mają komputera i wifi nie zawsze będzie, za pośrednictwem moim i mojego bloga, Ada i Piotr będą dawać znaki życia dla osób, które czytali moje wpisy, żeby śledzić Młodzież.
Dotarli na razie do Trang (dwa loty) i jutro płyną na wyspę Ko Mook (tak mi się wydaje).









piątek, 16 lutego 2018

Banda Papasa wałkoni się w Buriram (wpis 43.)




Senne Nang Rong porzuciliśmy na rzecz Buriram. Podróżowaliśmy już na wiele sposobów: samolot, pociąg, autobus, wynajęty van, taksówka, autostop. Do Burinam wynajęliśmy auto z kierowcą. Nie jest za drogo przy czwórce pasażerów, a upały wzmagają się każdego dnia coraz bardziej. Nie zarezerwowaliśmy hotelu. Te dostępne na portalach były nieliczne i drogie, pojechaliśmy więc w ciemno. Mieliśmy wyszukaną jakąś nazwę, ale wg internetu miejsc tam nie było. Nasz kierowca zawiózł nas spod hotelu w Nang Rong do upatrzonego hotelu w Buriram. Na recepcji przywitali nas informacją, że nie ma pokoi. W sumie spodziewaliśmy się takiej sytuacji. Gdy zbieraliśmy się do wyjścia, recepcjonista powiedział, że ma pokoje, ale tylko dwa. Dla nas akurat. Podał cenę. Zapłaciliśmy.
W pokoju Papas powiedział, że bardzo drogo. Wtedy kapnęłam się, że Pan podał mi cenę za pokój, a ja porównałam ją w głowie z ceną za dwa pokoje w poprzednim miejscu. Faktycznie drogo.... Po krótkim czasie doszliśmy do wniosku, że cena była mocno zawyżona, bo był to Chiński Nowy Rok, a na dodatek w mieście odbywały się jakieś słynne doroczne zawody motocyklowe. Stąd mała dostępność hoteli i wysokie ceny. Hotel bardzo zacny i jesteśmy zadowoleni. Pierwotnie planowaliśmy być w tym czasie w Wietnamie. Tam na pewno zapłacilibyśmy dużo więcej. Ich obchody Nowego Roku są w tym samym czasie co Chiński Nowy Rok i charakteryzują się pospolitym szaleństwem :)
Dobry hotel z klimą i pierońskie upały powodują, że więcej siedzi się w pokoju z książką i tetrisem niż łazi po mieście. Na szczęście przychodzi nieubłaganie pora głodu i nawet najbardziej zażarte leniuchy idą na polowanie.
Poszliśmy na pieszo do nieodległego centrum. Nieodległe było pod warunkiem, że idzie się nie wg GPS, ale na skróty przez tory i dworzec kolejowy. Mieliśmy pecha, bo akurat jak doszliśmy do torów, na stację wjeżdżał pociąg. Był cudownie zdezelowany. Stał długo, bo przepuszczał pociąg z naprzeciwka. Staliśmy w temperaturze powietrza 36 stopni dłuższy czas, poświęcając go na obserwacje. Zdążyliśmy zdalnie zaprzyjaźnić z pasażerami wyglądającymi przez okno. Niektórzy tubylcy nie zatrzymywali się. Przechodzili na drugą stronę torów przez... stojący pociąg. My się nie odważyliśmy. Nie rozumiemy komunikatów po tajsku i woleliśmy nie być w sytuacji, że pociąg ruszy, zanim zdążymy go opuścić.
Czekaliśmy długo, ale nie do końca świata :)






Żarcie znaleźliśmy przede wszystkim drogie, ale nie najlepsze z tego, co do tej pory próbowaliśmy. Takie dni też bywają :)







Zrobiliśmy malutką przechadzkę po mieście i musieliśmy czym prędzej iść do hotelu, żeby odpocząć ;) Paps nawiązał oczywiście przyjaźnie. Najpierw z małą dziewczynką, potem z... rybami :)




Wieczorem znowu trzeba było się ruszyć z hotelu. Wiedzieliśmy już z wcześniejszych doświadczeń, że w miastach nieturystycznych "miski" zamykają się dosyć szybko.




Drogę do misek obszczekały nam trochę tutejsze psy. Gdy wracaliśmy piesków było już więcej. W hotelu recepcjonistka wyraziła zdumienie, że chodziliśmy o tej porze pieszo. Zapytała, czy nie natknęliśmy się na psy. Chyba coś jest na rzeczy z tymi czworonogami.... Dowidzieliśmy, o co chodzi, następnego wieczoru.