Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eindhoven. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eindhoven. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 lutego 2016

Mamas&Papas pozdrawiają z Eindhoven

Pozdrawiamy serdecznie z Eindhoven - ostatniego przystanku w naszej podróży. Jak w wielu momentach jesteśmy tu nieoczekiwanie dla nas samych. Mieliśmy wykupiony powrót z Marsylii przez Londyn, a lecimy z Girony przez Eindhoven. Nie chciało nam się jechać z powrotem do Francji, bo to dodatkowy koszt i czas. Poza tym tak jakoś wyszło, że bardzo daleko odjechalismy od naszych pierwotnych planów. A w Eindhoven jeszcze nie byliśmy, więc była okazja odwiedzić.
Czytaliśmy, że nie ma tu za wiele do zwiedzania. Potwierdzamy. Miasto było mocno zniszczone w czasie wojny i odbudowało się niezbyt interesująco dla przeciętnego oglądacza.
Udało nam się trafić na coś w rodzaju targu i po raz kolejny stwierdzamy, że gdziekolwiek idzie sie w takie miejsce, zawsze coś ucieszy oko. Tutaj najbardziej rzucają się w oczy stragany z rybami i sery. Oczywiście zjedliśmy natychmiast po tradycyjnym holenderskim śledziku. To tutejszy fast-food. Jest na pewno "fast", ale jest naturalny i pyszny. W sumie taka wizytówka przekąskowa Holandii.









Potem poszliśmy zjeść do "chińczyka". Spodziewaliśmy się zapłacić rozsądne pieniądze. Zamówiliśmy po zupie i coś na drugie. To drugie okazał się też być zupą, tyle że na bazie kleiku ryżowego. Ada byłaby zachwycona. My wyszliśmy prawie głodni. Ja nie dałam rady w ogóle. Papas próbował coś z tego kleju wyłowić. Taki zawód na koniec podróży :(

Ponieważ pogoda nie była już "hiszpańska", dosyć szybko wróciliśmy do hotelu. Mieszkamy w najdroższym hotelu w naszej podróżniczej karierze. Tu wszystko jest strasznie drogie, a miejscówki do spania szczególnie. Chcieliśmy być blisko lotniska, żeby jutro bez pośpiechu wybrać sie na samolot. Ten hotel jest dosłownie na lotnisku. Można by w kapciach zejść. Ale cena wciąż boli! Oj, boli :) Zwłaszcza, że na pewno nie jest to najfajnieszy ani najlepszy, w jakim spaliśmy.


poniedziałek, 22 lutego 2016

Mamas&Papas prawie na lotnisku



Dotarliśmy po długim dniu do hotelu przy lotnisku w Gironie. Tak jak się obawiałam, znowu były problemy z uzyskaniem informacji. Nie wiem, czy my jesteśmy takie guły, czy faktycznie pracownicy kolei podchodzą do kwestii informowania bardzo swobodnie. 
Znalazłam jakieś informacje w internecie i pan w kasie potwierdził, że jest ok. Tyle, że nie umiał mi sprzedać biletu. Nie wychodziło i już. Dostaliśmy bilet do Barcelony i wskazówkę, żeby tam dokupić resztę. Pan w Barcelonie nie znał tego taniego połączenia i kazał czekać 2 godziny, jeżeli nie chcemy przepłacać. Automat biletowy przewidywał jednak tańsze bilety, ale już nie chciało nam się testować. Poszliśmy na śniadanio/obiad, bo ze śniadaniem też mieliśmy problem.
Wstaliśmy wcześnie, żeby załapać się na to tańsze połączenie. Najpierw autobus na pociąg do Benicarla. Niby nie jest niczym skomplikowanym wsiąść do autobusu. Nic bardziej błędnego! Na przystanku jest rozkład jazdy. Dla nas kompletnie nieczytelny. Jesteśmy bardzo sprytni i w poprzednie dni postanowiliśmy obserwować, o której odjeżdżają autobusy i dopasować godziny odjazdów do zapisów na tabliczce. Nic z tego! Wygląda na to, że kierowca odjeżdża, kiedy najdzie go fantazja. W związku z tym, dzisiaj przyszliśmy odpowiednio wcześnie, żeby zdążyć załapać się na fantazję kierowcy. Byliśmy bez śniadania. Knajpy jeszcze zamknięte, a sklepy wczoraj (niedziela) też nie dały szansy zakupienia czegoś na rano. Zaplanowaliśmy, że pojedziemy do Benicarla na tyle wcześnie, żeby zjeść śniadanie na dworcu. Prawie się udało, poza tym, że tam nie serwowali śniadań. Mieliśmy mieć krótką przesiadkę w Aldea. Niestety, pociąg się spóźnił i na przesiadkę zostało 5 minut. Za krótko na bieg do baru. A potem już ciągiem ponad dwie godziny jazdy.
Pogoda znowu była piękna, więc oglądaliśmy sobie Hiszpanię z okna pociągu. Na początku dominowały gaje pomarańczowe. Z upływem czasu ustępowały miejsca innym uprawom. Zazdrość trochę bierze, jak się obserwuje wegetację roslin w lutym. Z drugiej strony nie zaobserwowaliśmy żadnych zwierząt hodowlanych. Nie wiemy, czy trawa za mało zielona czy noce za chłodne.
Czasami ciężko coś zaobserwować. Tutejsze pociągi jeżdżą bardzo szybko, nawet te regionalne. A jaka kultura konduktorów! Pan sprawdzał bilety, kiedy Papas akurat drzemał. Hiszpański konduktor mówi wtedy szeptem i używa gestów, żeby nie obudzić pasażera bez potrzeby. Zresztą tu konduktorzy w pociągach nie są potrzebni. Żeby wejść na peron trzeba przepuścić na bramce bilet (jak do metra) i ciężko się przemknąć bez dokumentu podróży. Tak samo, trzeba mieć bilet na wyjściu z peronu. Dobrze, że za pierwszym razem nie wyrzuciliśmy biletu po wyjściu z wagonu.
Tak czy siak dosyć mamy kolei na dziś. Jutro lecimy do Eidhoven.


niedziela, 21 lutego 2016

Mamas&Papas pomału zamykają rozdział.

Ostatni dzień w Peniscoli upłynął nam na lenistwie. Po śniadaniu w "naszym" barze zapragnęliśmy pójść na kawę do odkrytego wczoraj miejsca spotkań seniorów. Okazało się, że nie tylko nam wpadł do głowy taki pomysł. Nie było wolnych miejsc. Lokal załadowany na maksa. Nie tylko nam się tam podobało. Poszlismy po paru godzinach i udało się zająć jedyny stolik.



Na kolację wybraliśmy się do pobliskiej podrzędnej knajpy. Na pierwszy rzut oka wyglądała na zwykłą mordownię. Po bliższym zapoznaniu lokal okazał się całkiem przyjemnym miejscem spotkań lokalnej ...starszyzny. Cały czas zdumiewa nas to, jak bardzo widoczni wszędzie są ludzie starsi. Jacy są aktywni i widać ich wszędzie. W "naszym" lokalu tylko my mieliśmy jedzenie. Reszta  spędzała czas przy piwie, winie czy kawie. 




Nasza kolacja wyglądała apetycznie. Ja jak zwykle musiałam przedobrzyć. Swoją porcję polałam obficie oliwą (bo lubię i tak zresztą tu się jada). Jak już płyn wylądował na talerzu, poczułam intensywny zapach ...octu. Tak! Jak głąb, pomyliłam butelki. Głodna byłam bardzo, więc na ocet nalałam oliwy i zjadłam ze smakiem przy wtórze śmiechu Papasa. Oczywiście musiał mi podokuczać. Miał zresztą rację. Ja prawie zawsze jak się długo zastanawiam, to wybieram niezbyt fortunnie. A jak już wybrałam szczęśliwie, to musiałam spieprzyć tzn "zoctowić".

Czas zamykać ten rozdział. Nieubłagalnie wakacje kończą się. Jutro kierujemy się do Girony. Zrezygnowaliśmy z biletów powrotnych z Marsylii i wracamy z Girony przez Eindhoven. Niezbyt kolorowo widzę tę jazdę do Girony. Przesiedziałam długi czas w internecie i znowu czuję, że chcą mnie naciągnąć. Ciężko znaleźć coś tańszego, a wiem, że jest!






Jeszcze polski akcent w hiszpańskim oknie.


I kolejny raz fotka z dedykacją dla Ady :)