Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Xativa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Xativa. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 lutego 2016

Mamas&Papas oszukani

Dzisiejszy dzień był bardzo długi, bardzo nudny i wkurzający.
Z Xativy postanowiliśmy pojechać do Peniscoli. Jest to mała miejscowość, żaden węzeł komunikacyjny. Chcieliśmy poradzić się na recepcji, jak dojechać. Niestety na recepcji nigdy nikogo nie było. Poszliśmy do miasta do informacji turystycznej. Zapytana osoba wiedziała, co to jest Peniscola, ale na pytanie, jak tam dotrzeć, odrzekła, że nie wie. Trochę nas zdziwiła taka odpowiedź. My w hostelu też pełnimy funkcję informacji turystycznej i jeżeli czegoś nie wiemy, to staramy się dowiedzieć.
Nie chcieliśmy bazować na internecie, bo zorientowaliśmy się, że system nie podpowiada najtańszych rozwiązań. Mówiąc krótko, do tej pory przepłacaliśmy. Tacy mądrzy poszliśmy na dworzec. Tam się dowiedzieliśmy, że najtaniej jest pojechać do Castello z przesiadką w Walencji i stamtąd kupić drugi bilet. Tak też zrobiliśmy. W Walencji poszliśmy do informacji, żeby zaplanować kolejne etapy. Tam się dowiedzieliśmy, że na bilet zakupiony w Xativa nie dojedziemy do Castello. Trzeba kupić inny z Walencji prosto do Peniscoli. Cena 24 euro od osoby. Wkurzyliśmy się, że sprzedano nam zły bilet i nie uśmiechało nam się płacić za dwie osoby prawie 50 euro. Pan poszukał tańszej opcji (22 euro), ale dopiero za dwie godziny. Zdecydowalismy się czekać, a zaoszczędzone pieniądze wydać na obiad. Oczywiście przypadkiem znaliśmy fajną chińska knajpkę koło dworca. Wszak byliśmy już w Walencji i azjatyckie restauracje mieliśmy opanowane. 
Najciekawsze w tym wszystkim było to, że okazało się po wejściu do pociągu, że mogliśmy jechać na tym "złym" bilecie, że ostatecznie to pan (mówiący po angielsku) z informacji w Walencji wprowadził nas w błąd.




Wkurzyłam się, nie dlatego, że parę euro straciliśmy i dużo czasu. Najbardziej denerwujące jest to, że nie ważne, jak się bardzo starasz dowiedzieć i tak jesteś bezradny i stratny.
Jeszcze problemy z dojazdem ze stacji do miasteczka. Dopiero po godzinie starań znaleźliśmy się w stosownym autobusie. Na początku przerażenie. Jechaliśmy przez okolice pełne  obrzydliwych hotelowców. Przez długi dystans ciągnęły się "plastikowe" widoki totalnie nie z naszej bajki. Aż wreszcie wynurzył się obraz, do którego się wybieraliśmy. 
W taki oto sposób na miejsce dotarliśmy dopiero na wieczór. Nic jeszcze nie oglądaliśmy. Wszytko przed nami jutro.



czwartek, 18 lutego 2016

Mamas&Papas w Xativa




Jak żyję, nigdy nie słyszałam nazwy Xativa. Tym bardziej intrygujące było, co zastaniemy. Teraz mogę z ręką na sercu polecić to miejsce. Przeurocze nieduże miasto. Nie ma tu może zbyt wielu zabytków o światowej sławie, ale miasto ma fajny klimat. Jest zamek i urocza starówka. Miasto jest zresztą dosyć stare. Już Maurowie mieszali w jego historii.








My skupiliśmy się na wypoczynku. Mało chodziliśmy. Jakieś śniadanko i nieduży spacerek. Na śniadanie zamówiłam między innymi "sałatkę rosyjską". Nie pierwszy raz zresztą. Jest tu raczej popularna. Dziwna sprawa, bo w karcie tłumaczonej na angielski piszą "sałatka hiszpańska". A tak naprawdę nie pasuję ani do hiszpańskiej, ani do rosyjskiej kuchni. Jest na bazie ziemniaków, jak klasyczna niemiecka "Kartoffelsalat", ale z wyraźnym dodatkiem tuńczyka. Jak zwał, tak zwał. Pyszna jest.



Hotel mamy dziwny. Niby nie ma się do czego przyczepić, ale w dosyć dużym budynku jesteśmy tylko my plus jedna osoba. Nie ma za to nikogo na recepcji. Nawet jeszcze nie zapłaciliśmy, bo nie ma komu. Nie wspomnę o jakimś wsparciu informacją czy inną pomocą. Na śniadaniu walczyliśmy z maszyną do kawy, ale udało się uruchomić. Herbata pozostała w sferze marzeń :) Najwyraźniej mają niski sezon i oszczędzają na personelu. Aczkolwiek sam budynek bardzo ładny. Taki arabski....





Zamek w Xativa jest położony bardzo wysoko. Ja sobie odpuściłam, ale Papas..... Wiadomo! Niezłomny zdobywca zamków wdrapał się na szczyt i wykonał serię zdjęć.
















środa, 17 lutego 2016

Mamas&Papas na śniadaniu

W Walencji jest bardzo dużo murali. Umieszczałam już coś wcześniej. Ten poniżej wprawił nas w dobry nastrój.



Po opuszczeniu hotelu mieliśmy trochę nadmiarowego czasu. Ambitne łażenie odpadało, bo mieliśmy plecaki. Mogliśmy szybciej wyruszyć pociągiem, ale następny był 20 euro tańszy i jechał tyle samo czasu. Wybraliśmy więc późniejszy. Dodatkowy czas i zaoszczędzone pieniądze postanowiliśmy spożytkować na śniadanie. Nie byle jakie śniadanie. Znaleźliśmy lokalną śniadaniownię. Uwielbiamy klimat tutejszych śniadań na mieście. Znamy te klimaty z innych naszych pobytów w Hiszpanii. Przede wszystkim lokal musi być na uboczu. Po prostu NIE DLA TURYSTÓW. Poza tym bywają tu tubylcy. Zarówno studenci, jak emeryci. Panowie w garniturach, jak również ubrani zdecydowanie nie wizytowo. W dużym stopniu klientela i obsługa znają się. Jedzenie też jest trochę inne. Wiadomo bacadillos są wszędzie, ale są też odmienne smakołyki. 
Rozsiedliśmy się i smakowaliśmy jedzonko i atmosferę. 











Spożywaliśmy śniadanie niespiesznie, ale i tak czasu zostało nam sporo. Zwiedzaliśmy dworzec i jego okolice. Pogapiliśmy się na pociągi. Zauważyliśmy, że dosłownie wszystkie odjeżdżały z kilkuminutowym opóźnieniem i do ostatniej chwili ludzie wbiegali na peron. Spóźnieni pasażerowie są oczekiwani, ile się da.
Zobaczcie, jak ładnie żegnają podróżnych. Napisy były w wielu językach, ale nie nalazłam po polsku.













Ostatnia fotka z dedykacją dla Ady :)


To zdjęcie jest z Xativy - kolejnego etapu naszej podróży. Jesteśmy zachwyceni! Klimatyczne miejsce, o którym napiszę jutro.