Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Girona. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Girona. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 22 lutego 2016

Mamas&Papas prawie na lotnisku



Dotarliśmy po długim dniu do hotelu przy lotnisku w Gironie. Tak jak się obawiałam, znowu były problemy z uzyskaniem informacji. Nie wiem, czy my jesteśmy takie guły, czy faktycznie pracownicy kolei podchodzą do kwestii informowania bardzo swobodnie. 
Znalazłam jakieś informacje w internecie i pan w kasie potwierdził, że jest ok. Tyle, że nie umiał mi sprzedać biletu. Nie wychodziło i już. Dostaliśmy bilet do Barcelony i wskazówkę, żeby tam dokupić resztę. Pan w Barcelonie nie znał tego taniego połączenia i kazał czekać 2 godziny, jeżeli nie chcemy przepłacać. Automat biletowy przewidywał jednak tańsze bilety, ale już nie chciało nam się testować. Poszliśmy na śniadanio/obiad, bo ze śniadaniem też mieliśmy problem.
Wstaliśmy wcześnie, żeby załapać się na to tańsze połączenie. Najpierw autobus na pociąg do Benicarla. Niby nie jest niczym skomplikowanym wsiąść do autobusu. Nic bardziej błędnego! Na przystanku jest rozkład jazdy. Dla nas kompletnie nieczytelny. Jesteśmy bardzo sprytni i w poprzednie dni postanowiliśmy obserwować, o której odjeżdżają autobusy i dopasować godziny odjazdów do zapisów na tabliczce. Nic z tego! Wygląda na to, że kierowca odjeżdża, kiedy najdzie go fantazja. W związku z tym, dzisiaj przyszliśmy odpowiednio wcześnie, żeby zdążyć załapać się na fantazję kierowcy. Byliśmy bez śniadania. Knajpy jeszcze zamknięte, a sklepy wczoraj (niedziela) też nie dały szansy zakupienia czegoś na rano. Zaplanowaliśmy, że pojedziemy do Benicarla na tyle wcześnie, żeby zjeść śniadanie na dworcu. Prawie się udało, poza tym, że tam nie serwowali śniadań. Mieliśmy mieć krótką przesiadkę w Aldea. Niestety, pociąg się spóźnił i na przesiadkę zostało 5 minut. Za krótko na bieg do baru. A potem już ciągiem ponad dwie godziny jazdy.
Pogoda znowu była piękna, więc oglądaliśmy sobie Hiszpanię z okna pociągu. Na początku dominowały gaje pomarańczowe. Z upływem czasu ustępowały miejsca innym uprawom. Zazdrość trochę bierze, jak się obserwuje wegetację roslin w lutym. Z drugiej strony nie zaobserwowaliśmy żadnych zwierząt hodowlanych. Nie wiemy, czy trawa za mało zielona czy noce za chłodne.
Czasami ciężko coś zaobserwować. Tutejsze pociągi jeżdżą bardzo szybko, nawet te regionalne. A jaka kultura konduktorów! Pan sprawdzał bilety, kiedy Papas akurat drzemał. Hiszpański konduktor mówi wtedy szeptem i używa gestów, żeby nie obudzić pasażera bez potrzeby. Zresztą tu konduktorzy w pociągach nie są potrzebni. Żeby wejść na peron trzeba przepuścić na bramce bilet (jak do metra) i ciężko się przemknąć bez dokumentu podróży. Tak samo, trzeba mieć bilet na wyjściu z peronu. Dobrze, że za pierwszym razem nie wyrzuciliśmy biletu po wyjściu z wagonu.
Tak czy siak dosyć mamy kolei na dziś. Jutro lecimy do Eidhoven.


niedziela, 21 lutego 2016

Mamas&Papas pomału zamykają rozdział.

Ostatni dzień w Peniscoli upłynął nam na lenistwie. Po śniadaniu w "naszym" barze zapragnęliśmy pójść na kawę do odkrytego wczoraj miejsca spotkań seniorów. Okazało się, że nie tylko nam wpadł do głowy taki pomysł. Nie było wolnych miejsc. Lokal załadowany na maksa. Nie tylko nam się tam podobało. Poszlismy po paru godzinach i udało się zająć jedyny stolik.



Na kolację wybraliśmy się do pobliskiej podrzędnej knajpy. Na pierwszy rzut oka wyglądała na zwykłą mordownię. Po bliższym zapoznaniu lokal okazał się całkiem przyjemnym miejscem spotkań lokalnej ...starszyzny. Cały czas zdumiewa nas to, jak bardzo widoczni wszędzie są ludzie starsi. Jacy są aktywni i widać ich wszędzie. W "naszym" lokalu tylko my mieliśmy jedzenie. Reszta  spędzała czas przy piwie, winie czy kawie. 




Nasza kolacja wyglądała apetycznie. Ja jak zwykle musiałam przedobrzyć. Swoją porcję polałam obficie oliwą (bo lubię i tak zresztą tu się jada). Jak już płyn wylądował na talerzu, poczułam intensywny zapach ...octu. Tak! Jak głąb, pomyliłam butelki. Głodna byłam bardzo, więc na ocet nalałam oliwy i zjadłam ze smakiem przy wtórze śmiechu Papasa. Oczywiście musiał mi podokuczać. Miał zresztą rację. Ja prawie zawsze jak się długo zastanawiam, to wybieram niezbyt fortunnie. A jak już wybrałam szczęśliwie, to musiałam spieprzyć tzn "zoctowić".

Czas zamykać ten rozdział. Nieubłagalnie wakacje kończą się. Jutro kierujemy się do Girony. Zrezygnowaliśmy z biletów powrotnych z Marsylii i wracamy z Girony przez Eindhoven. Niezbyt kolorowo widzę tę jazdę do Girony. Przesiedziałam długi czas w internecie i znowu czuję, że chcą mnie naciągnąć. Ciężko znaleźć coś tańszego, a wiem, że jest!






Jeszcze polski akcent w hiszpańskim oknie.


I kolejny raz fotka z dedykacją dla Ady :)


piątek, 12 lutego 2016

Mamas&Papas w Tarragonie



Ostatni poranek w Gironie powitał nas deszczem. Było ciepło, ale mokro. Miałam nawet plan obrazić się trochę na Papasa. Wszak sprawdzał prognozy i obiecywał ładną pogodę, ale ostatecznie darowałam mu to niedociągnięcie. Przecież wyjeżdżaliśmy już stąd.



Zamiast autobusu wybraliśmy pociąg. Udało nam się kupić bilet w jakiejś promocji. Zamiast 26 euro 19, zamiast 4 godzin 2. Czysty zysk! Na dodatek część drogi mieliśmy przebyć tutejszym TGV. Trochę nas zaskoczyło, że jak na lotnisku musieliśmy zdjąć wierzchnie odzienie i prześwietlali nam bagaż. To niby dla bezpieczeństwa i nie mamy nic przeciwko. Tylko żeby jeszcze robili to tak bardziej z sercem.






W Barcelonie mieliśmy przesiadkę. Niby było 35 minut, a ledwie zdążyliśmy. Dzikie tłumy, kiepsko z informacją. Ale ostatecznie dotarliśmy do Tarragony.
Hotel znowu trafił nam się całkiem przyjemny. Zauważyliśmy, że nie widzieliśmy w żadnym z dotychczasowych hoteli ani jednego gościa. Słyszeliśmy przez ściany i drzwi, że ktoś jest, ale nie dane nam było spotkać nikogo. I to jest coś, czego nam brakuje - możliwości poznania kogoś i pogadania. Na tym zresztą polega przewaga hostelu nad hotelem, że łatwiej nawiązać znajomość. W Tarragonnie zobaczyliśmy w czasie śniadania troje ludzi. Tłum po prostu!
W Tarragonie widać znacznie mniej katalońskich flag. W kilku miejscach widać, że miasto miało swoje początki w czasach starożytnych . Jest to przyjemne miejsce i najważniejsze, jest CIEPŁO.  Nawet bardzo ciepło. Z początku wyszliśmy za ciepło ubrani. Widzieliśmy w telewizji, że prawie cała Hiszpania zmaga się z wybrykami aury. Są powodzie na północy, wichury i ulewy w Madrycie i byle jak w reszcie kraju. Tylko dla nas Papas załatwia super pogodę!


























środa, 10 lutego 2016

Mamas&Papas żegnają Gironę, ale nie Katalonię






Zbieramy się pomału z Girony. Dzisiaj zdecydowaliśmy, że odwiedzimy miasto Tarragona. Papas wynalazł wcześniej Gironę jako miejsce pobytu. Teraz zaproponował Tarragonę, więc od razu się zgodziłam. Ma chłopak nosa do hiszpańskich miast! Pogoda jest cały czas bardzo fajna, a w Tarragonie ma być jeszcze lepsza, więc tym chętniej tam jedziemy. Francja bardzo nas zawiodła jeżeli chodzi o aurę i bez żalu zmieniamy kraj naszych urlopowych wojaży. Jeżeli dodać do tego, że tu jest taniej, a ja mówię trochę po hiszpańsku, pobyt jest jeszcze bardziej bezproblemowy.

Poniżej obiecane zdjęcia z Girony.