niedziela, 12 lipca 2015

Policja i higiena

Na początek muszę się pochwalić, że za sprawą Ady DWA razy miałam wychodne. Najpierw świętowałyśmy jej świeżo zdobyty tytuł magistra. Po krótkim czasie okazją było dostanie się Ady na studia doktoranckie. Jestem z niej bardzo dumna, więc czas musiał się znaleźć mimo wysokiego sezonu i natłoku Gości.




A teraz przygoda, która była udziałem naszych szwedzkich Gości.
Wieczorem (ale jeszcze było jasno) Papas zaalarmował mnie, że pod naszą brama stoi policja i czepia się jakichś ludzi. Nie widział wcześniej tych osób, ale w ogóle niewiele widział, bo go nie było w hostelu. Też nie za bardzo ich kojarzyłam, ale podeszłam bliżej. Zapytałam bardzo grzecznie PANA policjanta, co się dzieje. PAN odburknął bardzo niegrzecznie, że to nie moja sprawa i kto ja właściwie jestem. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą , ale i tak nic mi nie powiedział. Był mega niegrzeczny i opryskliwy. Zagadnęłam ludzi napadniętych przez nasz mężny patrol. Okazało się, że faktycznie są to nasi Goście i zostali zatrzymani już przy bramie wjazdowej, bo nie mieli włączonych świateł. Mieli samochód z wypożyczalni. W ich własnym aucie światła włączają się automatycznie po przekręceniu kluczyka w stacyjce. Ponieważ było jasno, nie zorientowali się, że popełnili przestępstwo. Nasz dzielna policja zamiast zwrócić im uwagę, pouczyć i pojechać do ważniejszych spraw, postanowiła nadać przestępstwu tory urzędowe. Panowie nie mówili oczywiście po angielsku, zaledwie kilka słów. Szwedzi rozumieli, że złamali przepisy i przygotowywali się do płacenia mandatu. Policjanci siedzieli z ich dokumentami w radiowozie baaaaardzo długo. Na koniec wyszli, oddali papiery i mandatu nie wręczyli. Tylko jeden z PANÓW bardzo chamskim tonem zapytał mnie, czy zaspokoiłam już swoją ciekawość i dowiedziałam się, o co chodzi. Bałwan nie może pojąć prostej sprawy, że czujemy się odpowiedzialni za naszych Gości i w razie kłopotów chcemy im pomóc. Zakwalifikował mnie do grona wścibskich bab szukających sensacji. Myślę, że zrezygnowali z mandatu, bo nie umieliby go wręczyć z użyciem języka angielskiego. Na marginesie jeden z nich po zdjęciu munduru wyglądałby bardziej na podopiecznego policji niż na policjanta. I jego sposób odzywania się też pasowałby mi bardziej do "człowieka bez szyi" niż do funkcjonariusza. Chcę tu podkreślić, że nie czepiam się, że w ogóle interweniowali, bo Szwedzi faktycznie popełnili wykroczenie. Razi mnie brak kultury i tracenie nadmierne czasu na pierdoły zamiast interweniowania w miejscu i czasie oczekiwanym przez nas podatników.
Na szczęście kontakt z policją nie jest to nasza codzienność. Mamy za to wiele innych sytuacji, które wspominamy z uśmiechem.
Oto przykład. Zadzwonił telefon i jakiś osobnik zapytał, czy mógłby przyjechać do naszego hostelu tylko po to, aby wziąć prysznic. Pokoju nie potrzebował (zresztą nie mieliśmy wolnych miejsc).  Zgodziłam się. Po godzinie podjechał spory samochód i wysypało się z niego siedmioro niemieckich nieświeżych ludzi. Szczerze powiedziawszy, w czasie rozmowy nie padło z mojej strony zapytanie o ilość osób. Również osoba telefonująca nie rzuciła żadnym liczebnikiem. Przyjęliśmy brudasów na klatę. Nie wzięliśmy pieniędzy od potrzebujących, więc zostawili nam mnóstwo prezentów.


Jechali sobie z Hamburga dookoła Bałtyku (kolejni na trasie bałtyckiej). Jak jechali przez Danię i kraje skandynawskie, nic nie kupowali i nie chodzili do knajp. Wiadomo, słynne skandynawskie ceny! Wieźli ze sobą żarcie i w ogóle wszystko. Spali m.in. na dachu auta. Nie wszyscy, dwie osoby :) Po przekroczeniu granicy fińsko-rosyjskiej wrócili do krainy bogatych i wreszcie mogli przestać liczyć pieniądze. Jeden z nich miał misję odwiedzenia rodzinnych stron swojej mamy (w obwodzie kaliningradzkim). Mama nie dostała wizy. Chyba z obawy, że zacznie siać rewizjonizm. Synek zorganizował jazdę tak, żeby porobić fotki dla mamy. Do Gdańska dotarli w worem rosyjskiego piwa i wódki i stąd pędzili do Hamburga, żeby domknąć koło.



Melduję, że Grant wyjechał, ale już zapowiedział powrót. Fani Granta niech nie płaczą.



My z kolei zostaliśmy fanami kolejnego naszego Gościa - Hanny z Finlandii. Po raz kolejny potwierdziło się, że Finowie to mega pozytywni ludzie. Hanna też podróżuje dookoła Bałtyku. Pokonuje ta trasę na rowerze.







niedziela, 5 lipca 2015

Kierunek Osowa

Znowu nie wiem, o czym Wam opowiedzieć. Upał nie tylko na zewnątrz, również w hostelu gorąco od wydarzeń.

Zdarzył się pierwszy przypadek kradzieży. Co prawda na szczęście nie w hostelu, został okradziony pewien Szwed. Adam był na początku wakacyjnych wojaży. Przypłynął promem do Gdyni i po 2 dniach przyjechał do Gdańska na dworzec. Tam pomylił kierunki i zamiast do nas pojechał autobusem aż do Osowy. Stamtąd z pętli udał się do kolejnej pętli autobusowej czyli w okolice Hostelu Mamas&Papas. Gdy chciał zapłacić za pobyt, zorientował się, że nie ma portfela. Przewalił kilka razy wszystkie swoje rzeczy i nic. Przykro było patrzeć na te nerwowe, pełne nadziei próby odnalezienia zguby. Na szczęście paszport miał w innym miejscu i ten się uratował. Powiedziałam Adamowi, żeby już nie szukał n-ty raz, tylko niech dzwoni do banku zastrzec karty. Zrobił to, ale niestety bank po kilku minutach oddzwonił, że wszystko ma wyczyszczone. Kilka tysięcy euro. Nie mam pojęcia, jakich metod używają złodzieje, że są w stanie w mgnieniu oka wyczyścić kartę nie posiadając przy tym PINu. Adam jest przekonany, że został okradziony w czasie jazdy autobusem. Był duży tłok i spędził w pojeździe w sumie sporo czasu. Najpierw dworzec-Osowa, potem Osowa-Gościnna. Prawie dwie godziny. Pozostał mu Western Union i załatwienie kasy na powrót. Z dalszych wojaży oczywiście zrezygnował. Chciał już tylko jakoś dostać się do Szwecji. Zaoferowaliśmy mu spanie i jedzenie za darmo, ale nastrój i tak miał strasznie zdołowany. Nie dziwimy się. Do Polski już na pewno nie przyjedzie.
Inni delikwenci też mieli przygodę z Osową w tle. Jak przylecieli do Gdańska, to ogłoszony został alarm bombowy i nie wypuścili ich z lotniska. Jak już po dłuższym czasie udało im się wydostać, to tak szybko chcieli opuścić to miejsce, że wsiedli do pierwszego napotkanego autobusu. Ten jechał do ..... Osowy. A dzień wcześniej pisaliśmy im w mailu, że mają jechać w kierunku GOŚCINNA. Przyjechali do hostelu zmęczeni i lekko wkurzeniu. Ale ich przynajmniej nie okradli w trakcie autobusowych wycieczek.
Za to większość Gości jest wciąż okradana przez taksówkarzy. Nie mamy już siły walczyć. Niektórzy płacą potulnie, inni przybiegaja na recepcję z prośbą o ratunek. Kiedyś 5 Finek jechało z lotniska dwoma taksówkami. Pierwsza taxi kosztowała 80zł, druga 185. Jechały jedna za drugą tą samą trasą. Udało nam się wykłócić z taksówkarzem i Panie z drugiej taksówki zapłaciły ostatecznie tyle, co w pierwszej.
Ostatnio w nocy zwróciły moją uwagę straszne wrzaski na ulicy. Po chwili zorientowałam się, że krzyczą po angielsku, a więc prawdopodobnie jest akcja z naszym Gościem. Zbiegłam z góry i moim oczom ukazał się widok wściekłego Szweda i zblazowanego taksówkarza. Pan nie mówił po angielsku i nie chciał zrozumieć pretensji naszego Gościa. Okazało się, że Szwed jechał z Open'era i przy wejściu uzgodnili cenę na 100zł. W momencie płacenia taksówkarz zażyczył sobie 200zł. Szwedowi gul skoczył, bo rozumie, że może być ciut więcej na liczniku, ale żeby dwa razy tyle?! Zaczęłam negocjacje i wyjaśnienia. Pan wytłumaczył, że on jest z Gdyni i nie zna Gdańska. I on nie wiedział, że to będzie dalej niż do dworca. Skoro dalej, to jest drożej. Zabiłam kolesia śmiechem. Od dworca do nas jest 3-4 kilometry i nie może to kosztować stówy. I skoro nie wie dokąd jedzie, to na jakiej podstawie ustala cenę? Pan nie miał sobie nic do zarzucenia i prosił, żeby przekazać Szwedowi, że jest uczciwy i nie naciąga. Bardzo mnie wzruszył swoją uczciwością!

Żale odkładamy na bok. Papas znowu umieścił nową flagę. Kolejne miejsce to Wyspy Dziewicze. Przyjechał stamtąd Dylan, Który na zdjęciu poniżej (w środku) zajada kotleta od p.Czesi w towarzystwie Australijczyka i Szweda.


Byli u nas Koreańczycy - mama i syn. W zasadzie prawie nie ruszali się z hostelu. Podróżują od roku, a mama całe dni spędzała na gotowaniu dla synka.

Jeszcze gratka dla kociarzy. Ada przytargała małego kotka, który z miejsca podbił serca wszystkich obecnych.






Jeszcze zobaczcie, jakie światowe książki podróżniczki bywają w Hostelu Mamas&Papas.


niedziela, 28 czerwca 2015

Drink story

Ostatni tydzień w Hostelu Mamas&Papas obfitował w wiele sytuacji, o których warto by napisać. Muszę coś wybrać, bo nie mam tyle czasu, żeby opowiedzieć o wszystkim.
Na początek trochę nieprzyjemności.
Po raz drugi w historii naszego hostelu musieliśmy wywalić gościa. Owym wybrańcem był Polak urodzony i mieszkający w USA. Nie spodobał mi się od początku. Cały czas pił piwo. Miarka się przebrała, kiedy znalazłam go rano śpiącego na kanapie z otwartym piwem. Piwo radośnie wyskoczyło z puszki zalewając nie tylko kolesia, ale również kanapę. Za chwilę na śniadanie mieli zacząć schodzić się ludzie, a tutaj leży zachlany łachudra. Pogoniłam go nie skupiając się na razie na nim, bo ważniejsze było zdążyć z doprowadzeniem miejsca do porządku. Koleś przespał się i przyszedł przepraszać. Powiedziałam mu, że jak go zobaczę pijanego, to wywalę z hostelu. Kajał się. przepraszał i poszedł na miasto ....napić się. Przeniosłam go z głównego budynku do domku, żeby nie przeszkadzał innym. Pewnego ranka znowu łaził nawalony z piwem w ręku. Do jego pokoju mieli przyjechać inni Goście. Na dodatek zaczął obrażać Adiego. To przebrało miarkę. Kazałam mu się wynosić. Wykłócał się, że on nic złego nie robi. To, że snuje się zalany, śmierdzi i łamie regulamin to, wg niego, nic złego, bo on ma przecież wakacje. Burak straszny! Już facjata nawet na trzeźwo przywodziła tylko jedno skojarzenie. Zapity prymitywny burak! Wezwał sobie taksówkę i w momencie, kiedy auto podjechało, otworzył kolejne piwo i przypalił kolejnego papierosa. Gdy taksówkarz zapytał, dokąd będą jechać, burak wydarł się, że on ma bogatą rodzinę i ma pieniędzy w ch.... i kierowca ma grzecznie czekać, bo ma płacone. Szczerze mówiąc, na miejscu tego taksówkarza olałabym takiego klienta - śmierdzącego i chama. A z drugiej strony bałam się, że taksiarz odjedzie i zostawi mi ten śmierdzący, wydzierający się problem pod hostelem. Ale udało się i burak jest już tylko historią.
Gościliśmy też Polkę z Niemiec. Jej rodzice musieli ewakuować się z Polski w czasach komuny. Urodziła się w Niemczech i tam mieszka, ale paszport ma polski i amerykański. W USA nawet nigdy nie była. Zawiłe bywają ludzkie historie.
Kolejną zawiłość szykuje para, która zatrzymała się u nas parę godzin. Przyjechali wieczorem. Zameldowali się i pobiegli do miasta spotkać się ze znajomymi. Wrócili o 2.30 w nocy i nastawili budzik na 4.30. W międzyczasie jeszcze pogadali ze mną. Chłopak jest obywatelem Dani zamieszkałym na Wyspach Owczych. Urodził się w Ghanie. Mieszka chwilowo we Florencji z dziewczyną z Kazachstanu. Upomniał się zresztą o flagę Ghany i Wysp Owczych, ku ogromnemu zadowoleniu Papasa oczywiście.


Fajni ludzie. Jakiej narodowości będą ich dzieci?

Nowa flaga - Wyspy Owcze.....
......Ghana
Wesołe Polki z niewidomą Emilią. Nic jej nie przeszkadza w zdobywaniu świata.

Piątkowa nasidówa na recepcji. Oprócz Grzesia "Mordki" nie może zabraknąć Granta, który wciąż się uczy polskiego i Chen, fantastycznej dziewczyny.

Sinan z Turcji zapakował swój organizm w folię i wyrusza w dalszą rowerową trasę.



Truc z Wietnamu - Papas wniebowzięty (ja też)




niedziela, 21 czerwca 2015

Zapachy i przygody




Życie w Hostelu Mamas&Papas jest bardzo barwne. Czasami jednak zdarzają się sytuacje kłopotliwe.
Doskonale pamiętamy naszego pierwszego śmierdziucha. Subtelna woń, którą wygenerował, przywitała nas pewnego razu już przy wejściu na piętro. Zorientowaliśmy się, że sam chłopak prowadzi się czysto, ale zawartość jego plecaka nie widziała prania chyba od miesiąca. Na delikatną propozycję zrobienia prania za darmo (w pralce) odrzekł, że nie trzeba, bo on za parę dni jedzie do domu. Słabo mówił po angielsku i nie dał sobie wytłumaczyć, że jego rzeczy absolutnie nie mogą czekać z praniem nawet jednej godziny. Ostatecznie brutalnie zapakowaliśmy jego plecak w grubą folię i w ten sposób zahamowaliśmy inwazję smrodu. Nie wiemy, jak to potoczyło się dalej i czy nie został zlinczowany gdzieś w pociągu czy w autobusie, bo mały lincz jak najbardziej należał mu się. 
W innym przypadku pewien młodzieniec wydzielał swoistą woń wraz ze swoimi butami.O ile buty bez ceregieli zapakowaliśmy do worka, o tyle Pana nie bardzo by się dało. Chciałam dyplomatycznie zwrócić mu uwagę. Zauważyłam na głos w obecności paru osób, że któraś z nich potrzebuje prysznica. Wtedy on od razu zgłosił się mówiąc, że to on, bo od tygodnia się nie kąpał. Upały były wtedy piekielne i wytrzymać tydzień bez mycia  (a może i dłużej) to wyczyn nad wyczynami. Poza tym przyznał się do śmierdzenia w sposób bardzo wyluzowany. Zero skrępowania. Luz godny pozazdroszczenia.

Na pewno nie brakowało luzu piątce Pań z Finlandii. Dwie z nich były już u nas wcześniej. Teraz przywiozły resztę rodziny. Cały czas się śmiały. Wszystko im się podobało. Nawet jak coś nie wyszło, to też kwitowały to śmiechem. Przykład podejścia do życia godny naśladowania.


Któregoś dnia wybrały się do Sopotu. Jakiś czas po ich wyjściu odebraliśmy telefon od nich z prośbą o wskazówki, co mają robić, bo się zgubiły i są na stacji Gdańsk Orunia. Zbaranieliśmy, bo ta stacja jest blisko hostelu i nie rozumieliśmy, jak się zgubiły skoro są tuż tuż.
Okazało się, że mimo iż nie był to ich pierwszy pobyt nie wiedziały o istnieniu stacji kolejowej w pobliżu. Wybrały się więc autobusem do dworca głównego. Tam, zgodnie ze wskazówkami Papasa, wsiadły do pociągu na peronie pierwszym. Tylko, że Papas kierował je na peron 1 w Gdańsku Orunii a nie w Gdańsku Głównym. Pociąg ruszył i wtedy zorientowały się patrząc na wyświetlacz, że do Sopotu tym pociągiem nie dojadą. Wysiadły więc na pierwszym przystanku czyli akurat w Gdańsku Oruni. Wychodząc z peronu stwierdziły ze zdumieniem, że mijany kościół wygląda identycznie jak ten, który jest niedaleko hostelu. Zrobiwszy kilka kolejnych kroków odkryły, że właściwie to wróciły "do domu". Wycieczkę diabli wzięli. Wiele osób po takich przygodach denerwuje się i traci dobre smopoczucie, ale nie nasze Finki. One miały kolejny powód do śmiechu. Uwielbiamy takich ludzi!

Mimo, że pogoda w tym roku nie rozpieszcza, nasz ogród przyciąga ludzi. Od rana przesiadują, za dnia i po nocy.

Ola w ogrodzie uczyła się, a jej podręcznik wyglądał tak, jak na zdjęciu poniżej.









wtorek, 16 czerwca 2015

Ważna wiadomość

Napiszę dzisiaj krótko. Krótko, bo chcę się tylko pochwalić.

HOSTEL MAMAS&PAPAS OBCHODZI DZISIAJ CZWARTE URODZINY!!!!

Cztery cudowne lata za nami i mamy nadzieję, że wciąż wiele fantastycznych chwil przed nami.

Dziękujemy wszystkim, którzy współtworzyli dotychczas naszą historię i liczymy na to, że wciąż będziemy razem.

 

niedziela, 14 czerwca 2015

Pechowiec

Zanim  opowiem o pechu, muszę wspomnieć o ważnym wydarzeniu z Papasem w roli głównej. A w zasadzie nie będę opowiadać, bo słów nie wystarcza, ale poniżej parę fotek.









Gościmy aktualnie prawdziwego pechowca. Niesamowite jak wiele nieprzyjaznych zdarzeń może być związanych z jedną osobą w ciągu trzech dni. A jeszcze nie wyjechał!
Zaczęło się od tego, że Thierry nie mógł znaleźć naszego hostelu. Tak się chłopak zakręcił, że kompletnie stracił nadzieję i postanowił złapać taksówkę. Zapytał nas po przyjeździe, czy 30zł za kurs to dużo. Nie wiedzieliśmy wtedy jeszcze o jego problemach z dotarciem i myśleliśmy, że przyjechał z dworca. 30zł to trochę za dużo, ale bywało, że taksówkarze kroili naszych Gości dużo mocniej, więc powiedzieliśmy mu, że mogło być znacznie gorzej. Potem pokazał nam na mapie, skąd wziął taxi i zbaranieliśmy. Był około 500 metrów od hostelu. W tej sytuacji został orżnięty nieprzyzwoicie. Miał pecha!
Na drugi dzień poszedł do kantoru wymienić pieniądze. Wrócił załamany. Po fakcie zorientował się, że dostał 100 zł za mało. Kantor miał taki bandycki kurs. Gościu nie zorientował się, bo nie zauważył tablicy z kursami. Była tak umieszczona, że nie znalazł. Nota bene poczytaliśmy sobie o tym kantorze w internecie i okazuje się, że nasz Francuz nie był pierwszym obcokrajowcem, który źle wspomina to miejsce. Nawet pofatygowałam się tam. Pani była agresywna, niemiła. Wygląda na to, że nie raz miewała interwencje. No cóż, Thierry miał pecha!
Chciał kupić przez internet bilet na autobus, ale system nie zaakceptował jego karty. Francuz przyszedł do nas prosić o pomoc. Zaoferowałam mu swoją kartę i wtedy .....system rezerwacyjny padł. Po jakimś czasie podniósł się, ale zaczęły się problemy z moją kartą. Wzięłam inną i wtedy ...padł system w banku, który wystawił tą kartę. Wreszcie udało się przy pomocy karty Ady. Ufff, ale pechowy zakup!
Pozostało już tylko wydrukować bilet. Nic z tego! Drukarka odmówiła współpracy.... Ostatecznie udało się ją przekonać i bilet został wydrukowany.
Thierry jest przesympatyczny. Nie wiemy, dlaczego los postanawia tak go męczyć. Opowiadał nam jeszcze o swoich pobytach w hostelach przed przybyciem do Gdańska. Nie będę nawet cytować. Lekko nie miał. Ale przynajmniej w Hostelu Mamas&Papas chłopak się wyspał i w tej dziedzinie pech trochę odpuścił.

Thierry i Papas

Fin Mikko Przyjechał z Kowna, ale nie wie dokąd pojedzie

Fin Joona nie może się zdecydować, żeby wyjechać od nas
Hong Kong i Korea Płd - dziewczyny poznały się w Polsce

Jade już planuje powrót

Billy z Kanady

Fajni Polacy!

niedziela, 7 czerwca 2015

Pan Kiciuś i Koteczek

Nareszcie coś drgnęło w pogodzie. Goście nam marzli, a my zastanawialiśmy się, czy nie powinniśmy włączyć z powrotem ogrzewania. Decyzja nie jest łatwa. Obok ciepłolubnych obywateli Hiszpanii czy Argentyny byli u nas również mieszkańcy Finlandii czy Norwegii, dla których pogoda wydawała się być bardzo przyjazna. Maj był chłodny, Bałtyk lodowaty, a nasze norweskie dziewczyny kąpały się w morzu już prawie 3 tygodnie temu! Z kolei polskie dziewczyny siedzą w tej chwili w czerwonych barwach. Wyszły na cały dzień i wierzcie mi, żal na nie patrzeć. Urządziły swoje stęsknione słońca ciała na amen. Miałam nawet piankę na poparzenia z ubiegłorocznych zapasów, ale obawiam się, że i tak z bólem będą wspominać pobyt w Hostelu Mamas&Papas.

Nie wiem, co lepsze? Poparzenie słońcem czy skostnienie od zimna. Pewien Australijczyk przyjechał do nas na motocyklu. Jechał 16 godzin z Amsterdamu! Wziął trasę na raz! Dojechał taki skostniały, że z trudem trzymał długopis w ręku. Był tak potwornie zmęczony, że zapłacił dwa razy. W nocy ja go skasowałam, a rano sam dobrowolnie przyszedł do Papasa i uregulował jeszcze raz. Na szczęście buchnął niechcący kluczyk od lockera i na drugi dzień przyjechał, żeby go zwrócić. Taka postawa prawie się nie zdarza. Tym razem się zdarzyła i mogliśmy wyjaśnić sprawę.
Koleś jechał z zachodniej Europy do krajów nadbałtyckich. Jego maszyna spotkała się na naszym podwórku z motocyklem Estończyka, który jechał w przeciwnym kierunku. I w ten oto sposób przeciętna liczba motocyklów na kraj pozostaje stała.

Ale co tam motocykle?! Wiadomością tygodnia dla czytelników-kociarzy jest fakt, że na nasze podwórko zagląda nowy koci obywatel. To malutki koteczek. Nasz Kiciuś sprawił nam zawód, bo ewidentnie próbuje pozbyć się konkurencji. Pamiętam, że kiedy Kiciuś jako malutki kotek pojawił się koło Hostelu Mamas&Papas, wszystkie aktualnie kręcące się koty przyjęły go przyjaźnie. Żaden nie fuczał na niego i zgodnie jedli na początku z jednej miski. A nasz superkot atakuje malucha i próbuje go przepędzić. Z drugiej strony, jak maluch podszedł do miski, Kiciuś wyglądał, jakby się go obawiał. Nie jestem w stanie pojąć zachowań tego kota. Na ogół zachowuje się po prostu jak pies. Czasami goni inne koty, czasami nie. Ale o miskę nigdy nie walczy. Nawet z kocim oseskiem. Może jakiś kociarz jest w stanie wytłumaczyć to zachowanie?

Koty kotami, a ja zostałam zapytana, czy nie mam jakichś związków z Gruzją. Przyjechała do nas dziewczyna z Rosji, z Sankt Petersburga. Nie omieszkałam wykorzystać sytuacji, żeby potrenować gadkę po rosyjsku. I ona odniosła wrażenie, że mam coś z Gruzinki. Chyba moja nieprzeciętna uroda plus jakiś zaśpiew w akcencie zwróciły jej uwagę i podsunęły podejrzenia o związki z Gruzją. Muszę zapytać Mamę, czy coś wie :)
Dziewczyny z Mołdawii, które były świadkami rozmowy po rosyjsku, też wystartowały z mową w tym języku. A ja wcześniej zamiast wykorzystywać okazję, żeby poćwiczyć rosyjski, rozmawiałam z nimi w banalnym angielskim ;) Rosjanie zaglądają do naszego hostelu tak rzadko, że wkrótce zapomnę, jak się gada po rosyjsku :( Już chyba szybciej nauczę się fińskiego. Gości z Finlandii mamy bardzo często. Ostatnio szalone artystki-malarki.