sobota, 27 kwietnia 2013

Słowenia

W hostelu Mamas&Papas gościliśmy ludzi z ponad 70 krajów. Część z tych państw była reprezentowana bardzo licznie, część mniej "obficie" i są takie, obywatele których odwiedzają nas tak rzadko, że pamiętamy każdą rezerwację.
Ostatnio odwiedziła nas przemiła para ze Słowenii. Oczywiście wykorzystaliśmy okazję, aby pogadać. Po wymianie zdań wyszło nam na to, że mieszkamy w tym samym kraju!!!!! Przede wszystkim dobra praca wymaga posiadania znajomości. Skąd my to znamy?  Różnice w majętności społeczeństwa słoweńskiego są coraz większe i rozwarstwienie razi coraz bardziej.
Anja, posiadaczka dwóch dyplomów uczelni wyższej, postanowiła przebranżowić się, gdyż jej wykształcenie nie dało jej gwarancji dobrego zatrudnienia. Podobają się nam ludzie, którzy nie trzymają się sztywno raz obranej drogi. Nie było satysfakcjonującej pracy po studiach, szukamy innej możliwości! Anja zainwestowała w ... tipsy. Przyjechała do Polski na warsztaty w Pruszczu dające jej umiejętności i certyfikaty pozwalające na realizowanie się w nowej dziedzinie. Piękne są efekty jej pracy!!! Nigdy nie interesowałam się tą dziedziną, ale prace Anji były naprawdę imponujące.
Adi miał używanie, mógł pogadać w bałkańskich narzeczach. Swoją drogą wyszło na to, że Adi nie tylko wygląda na południowca, ale i szprecha jak rodowity Chorwat. Co ciekawsze, rozróżnia te wszystkie chorwackie, słoweńskie, serbskie i inne tamte mowy.  I jeszcze wie WSZYSTKO o tamtej części Europy.

Ale wróćmy do samej Słowenii. Jak wspomniałam Anja i Izidor są bardzo fajni. Zauważyliśmy z Papasem, że 100% Słoweńców w hostelu Mamas&Papas to świetni  ludzie.
Pamiętamy parę, którą przygnała do naszego hostelu gigantyczna ulewa. Ludki biwakowały sobie gdzieś tam pod Gdańskiem, ale urwanie chmury spowodowało, że w trybie awaryjnym i ekspresowym zwinęli namiot i szukali taniego noclegu w mieście. Trafili do naszego hostelu. Wystawili na zewnątrz plażowy stolik i składane krzesełka i dalej konsekwentnie "biwakowali" na zewnątrz hostelu. Zimno było trochę po tych ulewach. Ale nic to!!! Coś na rozgrzewkę na stoliczku, koc na ramiona i niewzruszenie kontynuowali pobyt na świeżym powietrzu :) Niesamowici!!! I jedyni tak konsekwentni w historii hostelu.
Poza nimi odwiedziła nas wyjątkowa Słowenka, która wzbudziła nasz niekłamany szacun. Dziewczyna wstawał codziennie o 5-6 rano i spędzała czas tak aktywnie, że aż nas bolało. Jednego dnia Łeba, innego Malbork i ciągle coś. Cały dzień na nogach. I tak dzień w dzień. Bagaż miała olbrzymi z oprzyrządowaniem do wspinaczki i chyba również nurkowania i czegoś, czego nie umielibyśmy nazwać. Tak w ogóle, przesympatyczna dziewczyna.
Naszego pozytywnego obrazu Słoweńców nie przysłoni nawet fakt, że nasz pierwszy w historii Gość ze Słowenii przemycił jedno dziecko "na lewo". (Ale przyznać trzeba, że pozostałe były oficjalne). Jego pozytywna energia, szczera słowiańska dusza i ogromny urok osobisty spowodował, że "nie zauważyliśmy" nadliczbowego małego Gościa, który na pewno był równie fajny, jak reszta nacji.
Bardzo mało Gości przyjeżdża z tamtej części Europy. Nawet W czasie Euro 2012 kibice Chorwacji w 100% przyjechali z innych krajów; Australia, Szwecja, USA i coś tam jeszcze, ale nikt bezpośrednio z Chorwacji. Szkoda!!! Nasze doświadczenia z ludźmi z tamtych stron utwierdzają nas w przekonaniu, że  chcemy gościć więcej przybyszów z tamtych stron. Niebawem po raz trzeci będzie Serbia. Relacja, być może, wkrótce.

Przyjaźń polsko-słoweńska
Adi i Izidor

niedziela, 21 kwietnia 2013

Mike

Jak wspomniałam w innym wpisie, w hostelu Mamas&Papas zatrzymał się kolejny workaway'er - Mike z USA. Trafiliśmy na bardzo fajną osobę. Bardzo sympatyczny, inteligentny, z otwartym umysłem i ... pracowity. Nic dodać, nic ująć. Jest ambasadorem w couchsurfingu. Z zawodu dziennikarz, aktualnie w podróży dookoła świata do 2014 roku. Jest kuzynem Marlene Ottey, słynnej jamajskiej biegaczki. Rodzina Mike'a z Jamajki przeniosła się do USA.  Sam Mike jest obywatelem świata, nie zamyka się w skorupie nacji czy państwa. Tak przynajmniej my to widzimy.


Nasz stały bywalec Darek (pozdrawiamy!) zagadnął Mike'a , co go najbardziej zadziwiło w Polsce. Mike odrzekł, że wszyscy się na niego GAPIĄ. Jest afroamerykaninem, ale przecież to XXI wiek i wydawałoby się, że zobaczyć w dużym mieście człowieka o innym odcieniu koloru skóry to żadna sensacja. Okazuje się, że ludzie w Polsce często nie grzeszą taktem i potrafią się gapić w bardzo natarczywy sposób. I mówimy tu o dorosłych!!! M.in. Ada była z Mike'em na poczcie i potwierdziła (zszokowana) to zjawisko. Historie, które opowiedział Mike przemilczę. Zachowanie ludzi jest żenujące.
Wcześniej Mike został napadnięty pod Muzeum/Fabryką Schindlera w Krakowie. Zaczepiło go dwóch dzielnych mieszkańców tego grodu. Mike'owi udało się powalić jednego z nich. Spowodował przy tym potłuczenie butelki z piwem Żubr, niesionej przez nieustraszonego napastnika. Żubr chwycony za szyjkę stał się "tulipanem" i w ręku dzielnego Amerykanina  okazał się siłą przeważającą, odstraszającą bohaterski duet napadający na jednego człowieka. Po wszystkim został zapytany w muzeum, dlaczego szwenda się w tak niebezpiecznym miejscu. Zdziwił się. Niebezpieczne???!!! Przecież to okolice muzeum!!! Jak ludzie mają tu przychodzić??? Odpowiedziano mu: w grupach albo autokarem.......
Tak po polsku załatwia się sprawy bezpieczeństwa. Radzi się, żeby nie chodzić w pojedynkę :(  Ręce opadają....
Mike jest aktualnie w Polsce, ale generalnie jest po prostu w podróży po świecie. Sprzedał wszystko (łącznie z mieszkaniem), wziął odprawę z pracy i jeździ. Kolejny obywatel, któremu zazdrościmy :)  Cały majątek ma przy sobie tj. w plecaku. Po prostu wolność!!! 
Pokazaliśmy mu polską wigilię u Mamy Papasa. Nasza wigilia wzbudza ogromne zainteresowanie wśród obcokrajowców. Jest chyba rzeczywiście czymś niepowtarzalnym. Wiele godzin przegadaliśmy o Polsce i o USA. Zawsze słuchamy z niezmiennym zainteresowaniem o życiu zwykłych ludzi w innych krajach. Różnimy się czasami, to oczywiste, ale tak naprawdę ludzie na całym świecie maja podobne pragnienia, potrzeby, po prostu jesteśmy w sumie tacy sami.



niedziela, 14 kwietnia 2013

Jeff

Kiedy pisałam ostatnio o naszym Australijczyku przypomniało mi się kilka innych historii związanych z Gośćmi w hostelu Mamas&Papas.
Czas jakiś temu przyjechał do Gdańska Jeff z USA. Poprosił o nocleg na 2 noce. Spodobał mu się hostel, spodobał mu się Gdańsk i został na wiele tygodni.
Miał polskie korzenie, (i polskie nazwisko), chociaż jego rodzina osiadła w USA wiele, wiele lat temu, chyba po I wojnie światowej. Jeff czuł sentyment do Polski. Interesowało go wszystko, szczególnie język i....... kuchnia.
Pamiętacie zmagania Jeffa z naszym  językiem ? Uczył się nawet wytrwale, ale rafy języka polskiego były chyba za poważne. Przypomnę nasz dialog, który kiedyś umieściłam na blogu:

"
-jeden samochód, dwa samochody, tak?
-tak, Jeff
-jeden marchewka, dwa marchewki?
-nie, jedNA marchewka, dWIE marchewki
-ale dlaczego?!
-to jest rodzaj żeński, jak np. kanapka
-rozumiem, jedna kanapka, dwie kanapki, pięć kanapki
-nie, pięć kanapek
-NIE WIERZĘ, ŻARTUJESZ!!!
-nie żartuję
Jeff sprawdził w translatorze i załamał się. 
" 

Niemniej nie rezygnował z używania polskiej mowy. Kiedyś wybrał się do miasta  do klubu. Zapomniał zgłosić późny powrót i nie miał klucza. Ale poradził sobie. Stanął pod oknem i wydzierał się na całą ulicę "NIE KLUCZ, NIE KUUUUUUCZ!!!!!!!!!" Darł się, aż obudził całą ulicę i hostel również. Wpuściliśmy go do środka, czyli cel osiągnął używając tylko polskiej mowy.

Jeff postanowił odnaleźć miejsce, skąd pochodzili jego przodkowie. Odnalazł, ale pechowo pojechał tam w sobotę. Tego dnia nie było na miejscu nauczyciela języka angielskiego i nie mógł się dogadać z miejscowymi. Chyba słabo znali język polski, bo Jeff przecież się dogaduje bez problemu :)

Jeff przez 10 lat prowadził z kumplem firmę. Po tym czasie odsprzedał wspólnikowi udziały i wyruszył w podróż. Polska była tylko etapem. Mimo, że był raczej zamożny, nocował w dormach wieloosobowych w hostelach, kupował ciuchy w szmateksach, sam sobie gotował. Miał za to środki na długą podróż. Podróżował wiele miesięcy do wielu odległych zakątków świata. Był też w Wietnamie :), ale poza tym w tak wielu krajach, że trudno wyliczać. Oczywiście, zazdrościmy mu bardzo tylu wrażeń i doświadczeń. My nie możemy sobie pozwolić na rok czy dwa podróżowania, ale cały świat przyjeżdża do nas, do hostelu Mamas&Papas :)

I tego Wy możecie nam zazdrościć :)


Jeff docenia koszulkową kolekcję Papasa

i inne części garderoby Papasa, wie co dobre :)

Jeff w rodzinnych stronach


niedziela, 7 kwietnia 2013

John

Hostel Mamas&Papas jest miejscem, w którym wciąż jesteśmy obdarowywani ciekawymi historiami. Ostatnio poznaliśmy historię Johna z Australii. Jego mama jest Irlandką, tata Łotyszem, żona Belgijką, on urodził się w Australii. Zagadka: jakiej narodowości są jego dzieci :)

John przyjechał do Gdańska, aby odszukać ślady dziadka. Dziadek był więźniem obozu Danzig-Matzkau. Był to obóz karny dla Waffen SS i policji. Więziono tam żołnierzy skazanych zabójstwa, kradzieże, homoseksualizm, ale także za dezercję, odmowę wykonywania rozkazów przełożonych, defetyzm.
Nie wiadomo, co przeskrobał dziadek Johna. Wiemy tylko, że po okupacji sowieckiej w latach 1939-1941 Łotysze (Litwini i Estończycy także) traktowali Niemców jak wybawców i masowo wstępowali do niemieckich formacji.
Niesamowite, ale Johnowi udało się ustalić dokładną datę śmierci dziadka i nazwisko Niemca, który go zamordował. Pomagał mu m.in. Międzynarodowy Czerwony Krzyż i nasz IPN. Do hostelu przyjechał pan z IPN i zaprowadził Johna na miejsce dawnego obozu. Potem pojechali na Zaspę odwiedzić tamtejszy cmentarz, gdzie są zbiorcze mogiły zmarłych  m.in. w Matzkau.
Był to fantastyczny widok - John chłop jak dąb (wyższy od Papasa) z ogromnym wzruszeniem, ze łzami w oczach opowiadał, że była to jedna z najważniejszych dla niego chwil w życiu i może swojemu ojcu,  sędziwemu człowiekowi, powiedzieć, że odnalazł dziadka.i ustalił jego losy.

Poza tym, John postanowił będąc w Polsce, że odwiedzi dawny obóz jeniecki w Żaganiu. Był to obóz jeniecki dla lotników wojsk alianckich. Historia dosyć znana również dzięki filmowi fabularnemu. Więźniowie w większości pochodzili z krajów Wspólnoty Brytyjskiej i pamięć o tym miejscu jest tam żywa. John łączył się nawet "na żywo" z głównym radiem australijskim i relacjonował pobyt.

Wyprawa do Polski była to dla niego na tyle ważna, że nie zrezygnował z niej mimo utraty pracy i uszczuplenia zasobów finansowych. Radził sobie dzielnie, niczym jego pobratymcy w Żaganiu. Pożyczył od nas kołdrę i poduszkę i spał w ....samochodzie. A mrozy były wtedy całkiem niemałe. A on był taaaaaki szczęśliwy! Uwielbiamy spotykać tak pozytywnych ludzi. Mega pozytywnych!!!
Takich Gości jak John na pewno nigdy nie zapomnimy. A Wy możecie nam tylko zazdrościć :) Albo bywać w Hostelu Mamas&Papas.




sobota, 30 marca 2013

Mamas&Papas kończą azjatycką przygodę

Długo się nie odzywałam, ale mam usprawiedliwienie od lekarza :)
Opiszę dzisiaj ostatni etap naszej podróży do Azji. Etap długi i nudny, ale ważny, bo ....ostatni  :(

Podróż z Hanoi do Gdańska zajęła nam ponad 30 godzin. Na dodatek coś mi się pomerdało i na lotnisko pojechaliśmy prawie 2 godziny za wcześnie. W sumie lepiej poczekać niż się spóźnić. Wydaliśmy trochę pieniędzy na wolnocłówce i w restauracji i już byliśmy gotowi do lotu.


Mamas&Papas przed lotniskiem w Hanoi

Ostanie sajgonki w Azji.......


Lecieliśmy linią Qatar Airways. Jest to linia notowana w 2 ostatnich latach jako najlepsza linia lotnicza na świecie. Odbyliśmy lot dwoma samolotami i kategorycznie stwierdzamy: LINIE PRZEREKLAMOWANE. Tylko na samym początku było miło. Mieliśmy międzylądowanie w Bangkoku i tam zmienił się personel. Potem już było znacznie gorzej niż w samolotach innych linii, które nam się przydarzyły w czasie naszej wyprawy. Tania linia Air Berlin była lepsza. Nawet duuuuużo lepsza.  Najgorsze było żarcie. Przelot z Hanoi do Frankfurtu postawił nasze żołądki w nieciekawym położeniu. Personel strasznie powolny, nie ogarniał podstawowych potrzeb pasażerów. Tylko Ryanair wspominamy gorzej.
Na szczęście mieliśmy przesiadkę w stolicy Kataru - Doha. Można było chwilkę odpocząć od "luksusu". Oczywiście lotnisko bardzo piękne. Ludzi million. Różne ubiory: tamtejsze luzackie, tamtejsze ortodoksyjne (panie wyglądały z każdej strony tak samo, nawet szparki na oczy nie było), kolorowe z innych kontynentów, nasze swojskie - można by się gapić i gapić.


Doha, lotnisko


Panie "bez twarzy".
 
 Kolorowe panie.
Pani w kolejce do samolotu. Bagaż na plecach to wszystko, co miałam na tą podróż.

Na lotnisku w Doha zachwyciliśmy się grupą tubylców z sokołami. To bardzo drogie hobby, ale ten kraj biedny nie jest. Była to grupa mężczyzn i chłopców z całą chmarą grzeczniutkich sokołów. Ptaki te miały oczywiście przepaski na oczach. Nie widziałam wcześnie tak blisko i tak długo sokoła. Piękne ptaki!








To był ostatni egzotyczny akcent podróży. Pomału wchodziliśmy w naszą rzeczywistość, chociażby  poprzez wstrętne (i drogie) jedzenie w barze. Zupełnie jak na naszych lotniskach czy dworcach. Jeszcze parę godzin lotu i jesteśmy w Europie.
Ze zdumieniem zauważyliśmy, że we Frankfurcie jest zima. Że nie mamy odpowiednich ubrań. Że los jest okrutny. Postanowiliśmy zjeść prawdziwego niemieckiego wursta na pocieszenie. Jak głąby, nieświadomie rozsiedliśmy się w sali dla vip-ów. Jakaś pani tłumaczyła, że tam nie można siadać. A my stwierdziliśmy, że tam nam wygodnie. Za chwilę rozsiedli się obok bardzo eleganccy panowie i podleciał do nich kelner. My się obsługiwaliśmy sami , a poza tym nikt mi nie powie, że Papas nie jest wystarczająco elegancki na vip-a.


 Papas we Frankfurcie. Prawda, że elegancki? Prawdziwy VIP!!!!

Mamas też niczego sobie :)


Wursty. Smakowały tak, jak wyglądały, ale i tak o niebo lepsze niż żarcie w liniach katarskich.

Jeszcze ostatni lot na trasie Frankfurt-Gdańsk. Lecieliśmy bombardierem, pierwszy raz tym wynalazkiem. Pierwsze zdziwko to wsiadanie wprost z płyty lotniska, bez rękawa czy podjeżdżających schodów. Trzy schodki, jak do PKS-u. W środku w sumie też PKS. Klasa biznes mieściła się bezpośrednio przed naszymi fotelami. Po prostu oddzielono zasłonką na poziomie głów pierwszy rząd i biznes klasa "jak ta lala". Śmieszniutko to wyglądało. Pan steward był bardzo miły i pomocny, ale linie LOT nie wzbudziły sympatii całokształtem. Do podawania napojów przyszedł pan z kabiny pilotów. Mam nadzieje, że to drugi pilot był. Chociaż nie zdziwiłabym się, gdyby sam kapitan porzucił stery, żeby podać kawę i czerstwą bułkę. LOT to LOT! I ani słowa więcej, poza tym, że silniki tak wyły, że byłam pewna, że przegrają z grawitacją.
Udało się dolecieć. Chwila przytulania się do zimy na przystanku. 
I....
Hostel Mamas&Papas powitał nas po miesiącu. Zaczął się czas przeszły, czas wspomnień. Na szczęście hostel dostarcza nam tyle ciekawych momentów, że łatwiej będzie pomału wrócić z Azji. Chociaż w sercach i w głowach będzie tam na zawsze.

 Adi i Kan byli w grupie powitalnej.

wtorek, 12 marca 2013

Mamas&Papas zauważyli, że ......

Mam zgrabny pretekst dalej myślami pobujać się po Azji. Wiele osób poprosiło o kontynuację wątku podróży. Bardzo proszę :) Cała przyjemność po mojej stronie :)
W ostatnim wpisie pisałam o różnicach. Dzisiaj podobieństwa.

Azja jest naprawdę inna niż Europa. Pierwsze co rzuca się w oczy - brak (lub nieprzestrzeganie) przepisów na drogach. Miliony motorków!!! Wszędobylski dźwięk klaksonów. To chyba sport narodowy Azjatów. Oszaleć można! W trakcie podróży przywykliśmy do hałasu, ale do końca pobytu dziwiliśmy się, widząc (słysząc) sytuacje otrąbione przez tubylców.
Każdy jeździ, jak chce. Pod prąd, po chodniku, skręcanie z lewego pasa w prawą stronę itd. Wydawałoby się, że chaos jest nie do ogarnięcia. A jest super! Ludzie są sobie życzliwi. Jedzie koleś pod prąd? Widać musi. Nikt się wkurza, nie walczy, tylko współpracuje. Tu praktycznie nie ma znaków drogowych. Widzieliśmy sygnalizacje świetlne, ale raczej tylko na wielkich skrzyżowaniach ktoś się tym przejmuje. Naprawdę wielkich. Oczekiwanie na światłach to nawet 90 sek (czas wyświetla się). I to są jedyne miejsca, gdzie pieszy może spokojnie przejść przez jezdnię. W innych sytuacjach trzeba się wedrzeć na jezdnię i żadna krzywda się nie stanie. Przyhamują albo ominą. Na początku było trochę lękliwie z naszej strony, ale szybko nauczyliśmy się, że nic nam nie groziło i łaziliśmy zygzakiem na drugą stronę. Nie widzieliśmy wypadków czy stłuczek. Polska mogłaby się dużo nauczyć od "dzikiej" Azji. Wystarczy wzajemna życzliwość i zrozumienie, zamiast udowadniać, kto jet królem tej szosy.
Innym zaskakującym widokiem jest przewóz osób i towarów. Ile oni potrafią przewieźć skuterkiem. Widziałam, to uwierzyłam, ale niektóre konstrukcje wyglądały niewiarygodnie.
Również ludzie potrafią się upakować bardzo kreatywnie. Widziałam rodziców z CZWÓRKĄ dzieci jadących na JEDNYM skuterze!!! Albo 2+3 plus rower. Rodzina 2+2 na jednym pojeździe to norma. Pewne zwyczaje budzą we mnie mieszane uczucia. Np. Jedzie mama na skuterze, a dziecko z tyłu STOI zamiast siedzieć. Małe dzieci wożą na rowerach mniejsze dzieci.... Dzieci i dorośli jeżdżą na pakach. Każdy radzi sobie, jak może.
W ogóle dzieci często są z mamami w pracy. Tu raczej nie ma systemu z urlopami macierzyńskimi, zwolnieniami w ciąży czy innymi udogodnieniami. Wygląda na to, że kobieta jak najszybciej po urodzeniu dziecka wraca z dzieckiem pod pachą do pracy. Widać maluchy wszędzie. W sklepach, w hotelach, w biurach podróży, po prostu wszędzie. No i biegające "luzem" po ulicach. Rodzice nie trzęsą się nad pociechami tak, jak w bogatszych krajach. Z jednej strony trochę dziwi i nawet przeraża, z drugiej........ Czy my nie przeginamy z tym chowaniem dzieci pod klosz, wychowywaniem wg książek, sterylnością itp. Te dzieciaki świetnie sobie radzą i naprawdę nie są głupie!
Matki nie mają wyjścia. Tu ludzie pracują duuuużo dłużej niż u nas. Odbija się to pozytywnie np. w usługach turystycznych. Do późnej nocy można wykupić wycieczkę, załatwić sprawy wizowe,  w ogóle wszystko. Tylko trzeba być bardzo czujnym przy ustalaniu ceny usługi.,
Jest to duże udogodnienie dla turystów. Nie ma stresu, żeby coś załatwić.
Jest też bardzo bezpiecznie. Nie przeżyliśmy przez miesiąc żadnej niebezpiecznej sytuacji. W zasadzie niemiła była sytuacja w hotelu w Hoi An, którą kiedyś opisałam.
Wspólną cechą jest też duża życzliwość i serdeczność ludzi. Nawet ci, którzy rżną białasów są tacy sympatyczni :) Spotkaliśmy się jednak z wieloma objawami serdeczności kompletnie bezinteresownej.
Ludzie są poza tym bardzo przedsiębiorczy. Na ulicy załatwisz wszytko. Jakoś muszą zarobić. Czasami wydawało mi się, że te sterty śmieci to też gdzieś produkują specjalnie, żeby było co na ulicy położyć ;)
I te ich kable elektryczne!!! Pamiętacie zdjęcia z tymi obłędnymi  węzłami z kabli. Wygląda to nieziemsko!
Jednym z najważniejszych wydarzeń każdego dnia naszego pobytu była poranna wizyta w toalecie. Tak też mówili wszyscy turyści, z którymi rozmawialiśmy. Sprawdzanie, czy udało się przeżyć w zdrowiu kolejny dzień :) Mnie się udało, co uczyniło wyprawę w 100% cudowną i niezapomnianą.
Pytaliście, czy była to podróż życia? TAK!!!!

Jeżeli chcecie, to dam się namówić na jeszcze jeden odcinek wspomnień :)
(plis...)

piątek, 1 marca 2013

Mamas&Papas wspominają

Dużo czasu upłynęło od naszego powrotu, ale ciągle bardzo intensywnie wspominamy Azję. Nie da się zapomnieć, trudno wrócić do dawnego rytmu. Była to podróż naszego życia, dlatego ten opóźniony wpis będzie znowu o ... Azji.
Takie małe podsumowanie....
Prosiliście nas  w realu o porównanie Tajlandii, Kambodży i Wietnamu. Trudne zadanie. Z odległej Polski mogłoby się wydawać, że jest to po prostu Azja. Inny kontynent, inna kultura, ale kraje po prostu azjatyckie. Owszem podobieństwo jest, ale również różnią się one miedzy sobą wyraźnie.
Bieda. Widoczna w każdym z krajów, ale Kambodża "prowadzi". Było tam najbrudniej, najbiedniej i czasami dołująco. Tam też Papas zaliczył swoje dwa zachorowania. Fakt, że ostrożny to on nie był!!!
Ekstrawagancki Papas postanowił przetestować lokalną służbę zdrowia. Przed wyjazdem czytaliśmy, że tam takowej w zasadzie nie ma, ale znacie Papasa. Musi wszystkiego spróbować na własnej skórze.
Gdy nad ranem obudził mnie z meldunkiem, że chyba coś nie bardzo dobrze jest, wiedziałam, że jest źle. Papas jest bardzo bohaterski i przyznaje się do cierpienia tylko w ostateczności. Najwyraźniej ostateczność wystąpiła, więc niezwłocznie udaliśmy się do kliniki International S.O.S. Pan tuk-tukowiec oczywiście ograbił nas wołając jakąś zabójczą cenę, ale nie było czasu na negocjacje. Papas tak bardzo się trząsł, że myślałam, że rozpadnie się na tysiąc (albo więcej) kawałków.
Sama klinika to na pewno nie Azja, ale kosmos jakiś. Zajęli się Papasem bardzo cudnie. Najpierw testy na malarię i dengę. Po wykluczeniu tych świństw, dalsza pełna diagnostyka.
Byliśmy pod wielkim wrażeniem profesjonalizmu, kultury, szacunku.
Papas poleżał sobie jak panisko. Wyżłopał dziesięć kroplówek, ileś zastrzyków i czegoś tam jeszcze. Zaśpiewali za tą odnowę 700$. Na razie ubezpieczyciel zwrócił 400, ale nie poddamy się.
Klinika była ogromnym kontrastem w stosunku do otoczenia. Zauważyliśmy jednak, że mieszkańcy Kambodży wyglądali na szczęśliwszych niż obywatele bogatszego Wietnamu czy Tajlandii.
Kuchnie też się różniły. Najbardziej przypadła nam do gustu kuchnia tajska. I nie była wcale tak ostra, jak wieść gminna niesie. Kambodża też była niezła. W Wietnamie było za dużo ofert z zupami, ale o tym już pisałam.
Brud był wszędzie, ale Wietnam wypadł trochę lepiej niż pozostałe kraje. Chociaż toalety dla Europejczyka to katastrofa!!!!!!!!! Przepraszam PKP, że psioczyłam na toalety dworcowe! Bardzo przepraszam PKP!!!
Za to kawa w Wietnamie cudna. Piją ją na ciepło lub na zimno (Europejczyku, tej ostatniej nie pij!), czarną lub ze słodkim skondensowanym mlekiem. I baaaardzo mocną. Mój żołądek prosił mnie, żebym już nie piła tej esencjonalnej kawy. Obiecywałam jemu i sobie, że dam na luz. I dalej piłam. Bardzo dobra kawa! Przy okazji dowiedzieliśmy się, że Wietnam jest znaczącym eksporterem kawy. Tylko Brazylia produkuje więcej.
Czym się jeszcze różnią? W Wietnamie nie spotkaliśmy w sprzedaży robaków. W Kambodży były najbardziej dostępne, w Tajlandii też nie było źle. W Wietnamie nie było takiej oferty. Przyszło mi do głowy, że Wietnam jest bogatszy niż Kambodża i ludzie nie muszą wzbogacać swojej diety o robale. Ale to moja prywatna teoria.
Kolejna różnica, w Wietnamie NIE MA TUK-TUKÓW, a tuk-tuki kambodżańskie i tajlandzkie różnią się. Bardzo polubiłam ten środek transportu. Papas z kolei zakochał się w taksówkach motocyklowych.
Różnic jest wiele, ale i podobieństwa są bardzo widoczne. Miałam zamiar umieścić to w jednym wpisie, ale dziś za bardzo się rozpisałam. Azjatycki ciąg dalszy nastąpi.... Nawet się cieszę, że jeszcze Was pomęczę  wspominkami z Azji :)