niedziela, 11 listopada 2018

200 złotych

Przyjechała do nas Yoka z Japonii - nasza kolejna workaway'ka. Polubiliśmy ją bardzo od pierwszej chwili. Jest bardzo fajna i przypomina nam trochę Chen, która pomagała nam parę lat temu. Tęsknimy za Chen i myślę, że za Yoka też będziemy. Obiecała nam już, że ugotuje nam coś japońskiego. Dodała, że smaki kuchni polskiej i japońskiej są podobne. Nie byliśmy w Japonii i chętnie skosztujemy potraw wykonanych przez prawdziwą Japonkę. Kiciuś też ewidentnie zakochał się w Yoka :)





Gościmy fajnych Kanadyjczyków. Pani ma polskie nazwisko i chce dowiedzieć się czegoś o swoich przodkach. Jej dziadek miał na imię Jan. Imię nie pomoże. Nazwisko nie jest może pospolite, ale na pewno nie jest rzadkie. Linda nie wie, z jakiej części Polski byli jej antenaci. Szanse nie są wielkie, ale nie jest beznadziejnie.
Przed wyjazdem do Polski kupili u naszego rodaka 200 złotych, płacąc 50 dolarów. "Nasi" bywają, niestety, wciąż niefajni. Kiedy spotykam się z takim cwaniactwem, krew się gotuje. Popatrzcie, co im sprzedał. W momencie wymiany pieniędzy w 1995 było to warte .... 2 grosze.


Nasza lotniskowa filia pomału rozkręca się. Jest już nawet nowy stały klient! Gabriel z Peru!


Otwierając nowy obiekt, byliśmy pewni, że w takich miejscach na obrzeżach miasta, zatrzymują się ludzie mający bardzo wczesny wylot albo bardzo późny przylot. Ewentualnie muszą przeczekać przesiadkę. Tak nam podpowiadało doświadczenie z naszych podróży. Okazuje się, że życie, jak zwykle, pisze scenariusze, o jakich najwięksi poeci nie śnili! Nasze serce skradł Pan, który konkretnie od wejścia oznajmił, że potrzebuje dwóch godzin i zwalnia pokój. Od razu po wylądowaniu miał seans z Panią, reprezentującą najstarszy zawód świata. Inna Pani przyjechała odwiedzić syna, który leczy się w ośrodku Monaru, który ponoć nie jest daleko. Byli też studenci studiów zaocznych. I parę innych historii.
Wciąż się uczymy naszej branży i na pewno nie jest nudno :)

niedziela, 4 listopada 2018

Dom dla uchodźców

Mimo pięknej i łagodnej jesieni, nieodwołalnie ten gorszy czas zbliża się, jak co roku. Zmienia się też przekrój naszych Gości. Jest jeszcze sporo podróżników, ale procentowo zaczynają pomału ustępować innym grupom.







Ze zdumieniem stwierdziliśmy, że zostaliśmy tak jakby domem dla uchodźców. W jednym czasie zjawiło się u nas parę osób ze statusem uchodźcy lub po prostu uciekających z krajów, gdzie nie da się żyć. Wszystkie te osoby ukrywają się dosłownie lub w pewnym sensie, nie piszę więc ich imion ani krajów, skąd uciekli. Tym bardziej bez zdjęć. Wielkie służby ich krajów śledzą "internety", a my nie chcemy im zaszkodzić. Doświadczenie to jest bardzo smutne. Pierwszy raz trafiła nam się taka sytuacja. Kilka osób naraz w takim położeniu. Smutne...  Ludzie tacy sami jak my. Często wrzucamy do jednego worka uchodźców i ludzi przybywających do Europy dla polepszenia warunków bytowych. Wierzcie, to nie to samo :(
Pomagamy, na ile możemy. Co dalej? Nie wiadomo :(

Jeden z nich jeździ jako kierowca Ubera. (Nie pierwszy w historii Hostelu Mamas&Papas). Opowiadał nam o zleceniach, które otrzymywał i wraz nimi totalne olewanie jego osoby. Długie oczekiwanie to już nawet nie dziwi. Przerwy na zakup alkoholu nocą. Zmiany decyzji co do trasy przejazdu. Wszystko w ramach kwoty ugadanej na wstępie, uwzględniającej przejazd z punktu A do punktu B po najkrótszej trasie.
Zdarza mu się wieźć ..... taksówkarzy z korporacji taksówkowych. Ci sami, którzy krzyczą w licznych protestach przeciwko Uberowi, jeżdżą Uberem poza pracą. Komentarz zbyteczny :)

Jakiś usłużny sąsiad zniszczył nam kwiaty, które porastały ogrodzenie. Cieszyły oko kolorem wśród postępujących szarości. Być może trochę za bardzo wychylały się na chodnik, ale czy nie można powiedzieć, że coś przeszkadza i trzeba niszczyć? W przyszłym roku posadzimy sobie więcej!



Wrócił do nas Jurek z Turkmenistanu. Wciąż nie możemy się nadziwić, że potomek polskich zesłańców z tak doskonałą znajomością języka polskiego, wiedzą o Polsce i .... polskim wyglądem, nie ma u naszych władz żadnych forów. Musi odstać swoje w wielomiesięcznej kolejce po polskie obywatelstwo. Słów brakuje....



niedziela, 28 października 2018

Gieniuś

Dzisiaj chcę opowiedzieć o ludziach, których nie fotografowałam, ale ich historie są interesujące.

Historia pierwsza. 
Zadzwonił do hostelu jakiś Pan zainteresowany noclegiem u nas. Mówił, że jest na lotnisku, właśnie przyleciał z Australii. Potwierdziłam rezerwację i przekazałam mu informacje na temat niebezpieczeństwa związanego z korzystaniem z taksówki z lotniska.
Zgodnie z zapowiedzią, w ciągu godziny Pan przyjechał, ale inną taksówką, niż mu doradziłam (nazwy korporacji  kompletnie nie kojarzyłam). Wolny człowiek i wybiera, jak chce. Kiedy powiedział, ile zapłacił, wiedziałam, że dobrze wybrał. Super cena za dojazd z lotniska! Pan nie za bardzo wyglądał na podróżnika. Tani dresik, twarz osoby nie uciekającej przed trunkami. Papas od razu powiedział, że nie wydaje mu się, żeby Pan przybył z Australii. Moje odczucia były podobne.
Chłopak bardzo garnął się towarzysko. Opowiadał o Australii i innych swoich podróżach. Coraz bardziej byłam skłonna uwierzyć, że faktycznie nie należy oceniać człowieka po wyglądzie.
W nocy przyłapałam go, że palił w oknie pokoju, mimo że parokrotnie przypominałam, że palić wewnątrz budynku nie można. Opi....łam go i zaczął wychodzić na papierosa na zewnątrz. Za którymś razem poprosił, żebym z nim wyszła, bo chce coś mi powiedzieć.
Zaczęła się spowiedź. Powiedział, że nie przyleciał z Australii. Musiał uciekać ze swojej miejscówki. W poprzednim miejscu zamieszkania właścicielka poprosiła, żeby nie rzucać petów i on zaadoptował puszkę po piwie na popielniczkę. Pech chciał, że tamtejszy piesek wsunął nos do puszki (ciekawy był?) i tenże nosek skaleczył. Koledzy mieszkający razem nie mogli darować krzywdy psa i zaatakowali "naszego" chłopaka kijami. Zwiał i trafił do nas. Wiary wielkiej w tę historię nie mam, ale znowu nos (nomen omen) Papasa był czujny. Mój nosek też był w sumie rozgarnięty. Wygląda na to, że chłopak ma marzenia! Marzenia o Australii, Nowej Zelandii i innych podróżach. Nie może ich zrealizować, ale nie daje im też umrzeć. Póki co, gada i wie, co gadać. I jest to w naszym odczuciu pozytywny wymiar tej historii.

Teraz Gieniuś.
Na ulicy, przy której mieści się Hostel Mamas&Papas, jest też ośrodek dla osób upośledzonych umysłowo. Bardzo zadbane miejsce prowadzące działania na rzecz takich osób. Stamtąd najprawdopodobniej wywodzi się Gieniuś. Gieniuś jest młodym mężczyzną, który cudownie sobie radzi w życiu mimo niepełnosprawności. Zaczął do na zaglądać rok temu. Zbiera surowce wtórne i jakieś przydatne rzeczy pozostawione przy śmietniku. Zastąpił naszego "Pana z wędką", który albo umarł albo został pensjonariuszem miejsca odosobnienia.  Gieniuś jest osobą na pewno bardziej wartościową i pożyteczną niż niejeden z naszych Gości typu "ą i ę" . Lubimy Gieniusia i jego narzeczoną. I bardzo szanujemy! Fajnie, że lokalna społeczność akceptuje ich i nie dyskryminuje.
Kolejna refleksja. Nasz hostel mieści się w dzielnicy, która nie zawsze jest pozytywnie się kojarzy.  Kolejna "urban legend", która nie ma żadnego pokrycia z rzeczywistością. Ludzie są tutaj bardzo mili. Istnieją wciąż więzi sąsiedzkie. Przez ponad SIEDEM lat naszego pobytu tutaj, nigdy nic złego nie wydarzyło się. I Gieniuś może tu bez problemu funkcjonować, otoczony życzliwymi i wyrozumiałymi ludźmi. Kochamy to miejsce :)








niedziela, 21 października 2018

Krzyżyk na drogę.



Lato było w tym roku wyjątkowo upalne i prawie piękne. Prawie, bo trochę za bardzo nas wysuszyło. Jesień ściga się z latem. Prawie listopad, a my wciąż ganiamy w krótkich rękawkach i nawet pelargonie zapomniały przekwitnąć dawno temu. Cudnie jest! 



Wiemy, że to końcówka sprzyjającej aury, ale i tak jesteśmy wdzięczni naturze za ten prezent. Lato próbuje ścigać się z jesienią, ale nie wygra :(  Na przykład kasztany pod stopami na ulicach przypominają, jaka naprawdę jest pora roku. Co do kasztanów... Niedawno była u nas dziewczyna z Tajwanu i całkiem poważnie zapytała, czy kasztany, które znalazła na mieście są jadalne. Była bardzo mocno zainteresowana konsumpcją. Niestety, musieliśmy ją poinformować, że te kasztany są inne niż te, które w Azji zajada się na każdym rogu. Aczkolwiek wyglądają podobnie.
Nie wiem, czy pytała z głodu czy jest smakoszką kasztanów. Niemniej zauważyłam, że w ostatnim czasie ludzie marnują żywność w zatrważającym tempie. Jeszcze parę lat temu normą było, że jeżeli ktoś opuszczał hostel i zostawiał jedzenie we wspólnej lodówce, opisywał to stosownie i zawsze byli chętni, żeby  wykorzystać darmowe produkty. Od jakiegoś czasu jest odwrotnie. Rzadko ktokolwiek poinformuje, że zostawia pełnowartościową żywność. Nam pozostaje wynoszenie do śmietnika "ton" jedzenia. Nasze podróżne doświadczenie przypominają nam lodówki w hostelach z napisami "for common use", z których ochoczo korzystali chętni. Zwłaszcza podróżnicy będący w drodze bardzo długi czas. Oszczędzali kasę i mieli satysfakcję, że pełnowartościowe produkty nie są wywalane bezmyślnie na śmietnik. To już chyba zaczyna zanikać. Tzn. chętni na jedzenie są, ale bezmyślni (lub leniwi) pozostawiający żywność inaugurują nowe obyczaje. Szkoda :( 

Opuścił nas nasz workaway'er z Filipin. Był z nami niezbyt długo, ale zapamiętamy go dobrze.



Nieco gorsze wrażenie pozostawił jego następca z Arabii Saudyjskiej. Wcześniej pomagał nam inny Saudyjczyk - niezapomniany Fazza. Wbrew stereotypom okazał się świetnym "pomagaczem" i dlatego bez wahania zaprosiliśmy jego rodaka. Tym razem była to wtopa. Chłopak nic nie wspomniał  na swoim profilu, że jest religijny i nie je wieprzowiny. Wolno mu, ale my wolimy wiedzieć, jakie są ograniczenia w diecie wolontariusza. Często nie decydowaliśmy się zaprosić kogoś właśnie z powodu wymagań dotyczących jedzenia. Ale to nie był największy problem. Okazało się, że chłopak stanowczo odmawia sprzątania łazienek. Wyglądało, że jest to dla niego olbrzymi problem i chyba prędzej zjadłby wieprzowinę niż poniżył się pracą w toalecie. Dziwny koleś! Wszystko było wcześniej napisane, ale on wyobraził sobie coś zupełnie innego. Po jednej nocy wyjechał. Zapomniał nawet podziękować za niewieprzowe posiłki i powiedzieć "do widzenia". Nie  żal nam i krzyżyk na drogę! (Być może w kontekście muzułmanina ten krzyżyk to też forma upodlenia).

Papas kolejny już raz okazał się być mężczyzną niezbyt wysokim. Dzielnie zniósł poniżenie, bo wysocy chłopcy (Australia i Czechy) byli przesympatycznymi kompanami.




Bronek z Białorusi jest z nami już dłuższy czas. Właśnie wrócił z krótkiego wyjazdu do Mińska, gdzie zdał egzamin na Kartę Polaka. Nie macie pojęcia, o jakie rzeczy wypytują! Większość Polaków zamieszkałych w kraju nie zna odpowiedzi na część pytań. Nasz Bronek dał radę i jesteśmy bardzo dumni! Egzamin "oblewaliśmy" prezentem od Bronka :)




Gościliśmy też grupę motocyklistów. To już chyba ostatnie motory przed zimą, ale za to ile!






Na koniec kącik smakosza. Zobaczcie, jaki cuda przygotowuje Papas! Smaku nie jesteście w stanie sobie wyobrazić! No, chyba że ktoś miał już niebo w gębie :)



niedziela, 14 października 2018

Mamas&Papas Airport Stay

Dzisiejszy wpis ma charakter informacyjno-chwalący się. Mamas&Papas mają nowe dziecko! Nazywa się Mamas&Papas Airport Stay i znajduje się w pobliżu lotniska w Gdańsku. Jest to malutki obiekt i bardzo nam się podoba. Zapraszamy Was Przyjaciele i również Waszych przyjaciół. I przyjaciół przyjaciół też :) Na szybką noc między lotami lub innymi przesiadkami - rozwiązanie idealne.












niedziela, 7 października 2018

Białoruskie smaki i smaczki




Nie miałam pojęcia jak mało wiem o kraju, który sąsiaduje z Polską. Zachodnia Białoruś ma wręcz wspólną historię (myślę o niezbyt odległych dziejach). Nasz przesympatyczny Gość stamtąd, postanowił nas pokarmić po białorusku.
Na pierwszy ogień poszła zupa szczi (щи). W życiu nie słyszałam o takiej strawie, goszczącej na stołach bliskich sąsiadów. W zasadzie jej forma ma setki twarzy, ale zawsze musi być tam kapusta. Nas poczęstowano szczi z ...... makrelą. Kapuśniak ze świeżą makrelą brzmi dziwnie. Brzmi jak brzmi, ale było smaczne, kiedy spróbowaliśmy natychmiast po ugotowaniu. Ale na drugi dzień....  Jak się "przegryzło" w lodówce, odpaliło nas w kosmos! Papas stwierdził, że na pewno jest jedna z najlepszych zup, jakie w życiu spożył, wliczając w to zupki zjadane w czasie azjatyckich wojaży. Ja potwierdzam i popieram :)
Kolejne doświadczenie to "wiedźminy". Potrawa z plackiem ziemniaczanym w roli głównej, pomieszanym ze specjalnie przyrządzonym mięsem. I nie próbujcie przywoływać tu polskiego placka po cygańsku! To było coś innego. I kolejne niebo w gębie!
Nie mogę się doczekać następnego poczęstunku.

Nasz wyborny kucharz znalazł się w Polsce uciekając od nakazu pracy. Nie miałam pojęcia, że ten głęboko komunistyczny zwyczaj jest wciąż aktualny. Tzn. nie jest w zasadzie stosowany nigdzie w Europie (prawdopodobnie). 50-70 lat temu było normą, że po ukończeniu studiów, ludzie musieli odbębnić nakaz pracy. Oznaczało to, że byli delegowani do pracy w bardzo nieatrakcyjne miejsca, gdzie nikt zdrowo myślący nie chciał się osiedlić. Jakieś totalne zadupia albo toksyczne okolice. Nakaz pracy był nieodwołalny i ludzie musieli popracować tam, gdzie ich skierowano. W Polsce czy w Rosji nie ma tego już dawno, a na Białorusi, okazuje się, że ma się bardzo dobrze.
Nasz Przyjaciel dostał skierowanie do małej miejscowości, o której nigdy wcześniej nie słyszał. Miejscówka była w okolicach Czarnobyla, którego sława jest bardzo ponura. Miejsce zesłania jest wciąż niestabilne w zakresie promieniowania i wiadomo, dlaczego nikt dobrowolnie nie chce tam się osiedlać. Na dodatek zakres pracy gwarantował uwikłanie się w sytuacje, które tymczasowe zesłanie zmieniłyby ten stan na zesłanie na zawsze.
Nasz Gość w ogóle nie powinien być zesłany. Przez cały okres studiów prowadził firmę. Płacił podatki, więc nie podpadał pod przepis o nakazie pracy, który był dedykowany dla studentów zobowiązanych do odpracowania kosztów studiów. Płacąc podatki finansował swoją edukację. Prawo było po jego stronie, ale tam to nic nie znaczyło.
Skończyło się to bardzo filmowo. Po zdaniu wszystkich egzaminów i przed ostatnim, będącym obroną dyplomu, zawinął się i pojechał do Polski. Nie broniąc dyplomu nie był absolwentem i nie nie musiał poddać się nakazowi pracy. Gdy dojeżdżał do granicy odebrał telefon z zapytaniem, dlaczego nie wchodzi na egzamin. Odpowiedział po żołniersku "zaraz przekraczam granicę, mam was w d...".
Wybrał wolność! Szacun ogromny! Człowiek wykształcony, otwarty, utalentowany jeździ na taksówce w Polsce i wolność uznaje za najwyższą wartość. Takich ludzi na Białorusi nie potrzebują.
Szkoda, że ten kraj kojarzy się właśnie z takimi historiami. Mają fantastyczną kuchnię, o której nic nikt nie wie. My poznaliśmy te smaki. I smaczki związane z ich rzeczywistością, niestety, też.


niedziela, 30 września 2018

Kulturalni ludzie

Niby sezon już niezbyt wysoki, ale u nas wciąż rojno, jak w ulu!

Odwiedził nas Fazza. Stara się o pracę w Gdyni. Trzymamy kciuki!


Wiadomość dnia! Kiciuś ma nowy domek! Tym razem nie jest to ręczna robota Papasa i Dyzia. Zakupiliśmy obiekt na allegro. Kiciuś (gamoń) najpierw nie wiedział, jak się z tego korzysta. Po długich i pomysłowych próbach udało nam się  go nauczyć, jak korzystać z nowego Hiltona.


Wiele jest dróg, z których można skorzystać rezerwując nocleg w hostelu. Specjalistyczne portale, mail, sms, facebook, wejście z ulicy lub telefon. Ten ostatni sposób jest w sumie dla nas prawie najlepszy. Dlaczego? Jak przyjdzie rezerwacja z portalu, musimy przyjąć osobę rezerwującą, nawet, jeżeli od  jej wejścia widzimy, że będzie trudno. Ósmy rok prowadzimy hostel i w zasadzie bezbłędnie wyczuwamy, kto jest fajny, a kto będzie robił problemy. Przy rezerwacjach telefonicznych mamy szansę odmówić miejsca, jeżeli słyszymy, że osoba telefonująca ma problemy z wysławianiem albo wypowiada się w sposób "buracki", albo zadaje pytania, które średnio rozgarniętej osobie nie przyszłyby do głowy. I często odmawiamy, nawet w niskim sezonie, kiedy bywa pustawo.
Kilka razy nie wyczuliśmy sytuacji i gościliśmy osoby, które normalnie omijamy z daleka.
Właśnie zdarzył się ten jeden raz z kilku :)
Miły głos zarezerwował dwa pokoje na bieżący wieczór. Postacie, które się pojawiły, z lekka nas zatrwożyły. Pojawiali się sukcesywnie (od tych wyglądających ok, po tych ... niewyglądających), aż zrobił się nadkomplet. Pięć osób na cztery miejsca. Póki co, najbardziej zajmował nas problem palenia papierosów. Wiedzieliśmy na 100%, że będą chcieli palić w budynku. Dwukrotnie poinformowaliśmy ich, że jest zakaz palenia, ale WIEDZIELIŚMY, że go złamią. Papas chodził kilka razy pod ich drzwi, ale nic nie wyczuł. Poszłam ja i też nic! Ale przecież WIEDZIELIŚMY! Goście byli trochę za głośni, poszłam więc uciszyć ich. Prosząc o ciszę, całym moim organizmem próbowałam wyczuć ślady palenia i NIC! A i tak byłam pewna!!! Zagrałam va banque! Zapytałam, dlaczego palą w pokoju? Jeden Pan powiedział, że nie palili i niemożliwe, żebym coś poczuła. Brnąc nadal w blef, powiedziałam, że czuję (bo czułam podświadomie). Wtedy ... przeprosili i obiecali, że więcej nie będą. Smrodu nie było (nie mam pojęcia, jak to zrobili?!), ale zasady zostały złamane. Zagrożenie przeciwpożarowe w przypadku pijących i palących jednocześnie, jest zbyt wielkie.
Pan, z którym rozmawiałam, leżał w samych gaciach, a Pani miętosiła jego "klejnoty". Luz absolutny! Kiedy poszłam kolejny raz uspokajać, Pani siedziała z boku i inny Pan się nią opiekował. W międzyczasie poprosiłam nadliczbowego Pana, żeby opuścił hostel. Grupa zaczęła prosić i błagać. I, że oni nawet zapłacą za dodatkową osobę! Łaskawcy! Potem Pana Piątego straciłam z oczu (pomyślałam, że może jednak opuścił hostel). Przy ostatnim i ostatecznym upomnieniu, zauważyłam, że ten dodatkowy wciąż jest. Ostatecznie ulegliśmy błaganiom, wygrażając jednocześnie (bardzo na serio), że kolejne zwrócenie uwagi będzie wyproszeniem z hostelu. Pan został w pokoju z Panią, która gmerała wcześniej w gaciach kolegi. Słychać było później w całym hostelu, że akcja poszła dalej. Nie wiem tylko, który z Panów był szczęśliwym wybrankiem, a który tylko popatrzył i posłuchał.
Jeden z nich wciąż mnie gorąco przepraszał przy każdej interwencji. Przy ostatniej warknęłam, że jeśli jeszcze raz usłyszę "przepraszam", wywalę go przez okno. Nietrzeźwy młodzieniec zastanowił się sekundkę i powiedział "szefowa wybaczy!". Nie wyartykułował słowa "przepraszam" i musiałam pozostawić go żywym :)

W czasie wielokrotnego uciszania zadziałał dopiero argument, który już kilka razy wyciszył nerwową i nieprzyjemną atmosferę w przeszłości. Powiedziałam, że przecież my, KULTURALNI LUDZIE, na pewno się dogadamy i nie będzie problemów. Zauważyłam, że ludzie, bez względu na stopień ogarnięcia intelektualnego i społecznego, lubią być nazwani ludźmi kulturalnymi.
Kiedyś byłam świadkiem, jak pewien bardzo niekulturalny człowiek idąc z kobietą darł się na nią, używając bardzo nieprzyjemnych słów. Był agresywny. Zatrzymali się na odpoczynek akurat pod naszym hostelem. Stali pod naszymi oknami i wydzierali się w środku nocy. Podeszłam i poprosiłam o ciszę. Pan nie reagował na prośby. Wydarł się na mnie. Wtedy spokojnie powiedziałam, że ja tylko proszę i myślę, że KULTURALNI LUDZIE na pewno się dogadają. Przeprosił, powiedział dobranoc i w ciszy odszedł. Wiadomo! Kulturalny z KULTURALNYM dojdą do porozumienia :)

Wolelibyśmy nie spotykać zbyt często KULTURALNYCH, ale wiemy, że to nieuniknione. Za dużo statystycznie jest ich wśród nas.

Wielu z Was nie wie, jak wygląda Papa Papasa. Odwiedził nas parę dni temu. Tak, jak Papas, musiał zaprzyjaźnić się z każdym Gościem przechodzącym przez recepcję. Przy takich rodzicach, Papas nie miał wyjścia! Musi być taki, jaki jest :) Fajny jest :)


Jeszcze jedna historia. Przyjechała do nas Amerykanka z niesamowicie ciężkim bagażem. Papas -rycerz pomógł wtargać rzeczy i nie omieszkał zapytać, po co tyle? Okazało się, że babeczka nie trzyma się kurczowo jednego adresu. Jeździ po świecie tam, gdzie akurat jest fajna praca. Spędziła trzy lata w Polsce. Bywała w innych miejscach, np. Kenia. A teraz jedzie za pracą do Wietnamu. Lubimy takie podejście. W kontekście tej historii, jej bagaż wydał nam się całkiem nieduży.


Poniżej na zdjęciu Żenia z Białorusi. Mówi pięknie po polsku. Jeszcze piękniej pisze wiersze. Zapamiętajcie go. W przyszłości Nobel murowany :) Ja jestem pod ogromnym wrażeniem!


Złota polska jesień! Piękna! Tylko dlaczego potem jest jesień niezłota :(